Alicent Hightower zwykła mawiać, że jej córka Maegelle została jej zesłana jako prawdziwy anioł przez samych Siedmiu. Z trochę pulchnymi, różanymi policzkami, delikatnymi rysami i malinowymi ustami, dziewczynka potrafiła oczarować każdego, kiedy tyl...
Ups! Ten obraz nie jest zgodny z naszymi wytycznymi. Aby kontynuować, spróbuj go usunąć lub użyć innego.
•──•─•──•✦•──•─•──•
Noc była dla niego męczarnią. Sen nie przyszedł, podobnie jak koszmary, które zdawały się nawiedzać go tym razem na jawie. Nie mógł znaleźć spokoju, a myśli, które kłębiły się w jego głowie, odbierały mu wszelką szansę na odpoczynek. Wciąż słyszał w swojej głowie każde słowo, które wypowiedział w gniewie w stronę Maegelle. Teraz, gdy twierdze otulił mrok nocy, a cisza wypełniała korytarze, jego umysł nieustannie wracał do tamtej chwili oraz do największego błędu, który popełnił.
Nie mogąc znieść już bezczynności, opuścił swoją komnatę. Echo jego kroków odbijało się po kamiennych korytarzach, które za dnia tętniły życiem, teraz świeciły zaś pustką. Jego nogi, jakby kierowane instynktem, poniosły go same do miejsca, gdzie spoczywała czaszka Baleriona. Sam nie wiedział, czemu właśnie tam się znalazł, ale było to jedno z niewielu miejsc, gdzie mógł zaznać choćby gram spokoju.
Gdy przekroczył próg, cisza była niemal przytłaczająca. Świece, płonące ostatkami na kamiennym piedestale, rzucały migotliwe cienie na ściany, tworząc na jej powierzchni przeróżne kształty. Postawił kilka kroków przed siebie, a stukot jego butów rozszedł się głośnym echem po pomieszczeniu.
Nagle, kątem oka, dostrzegł niewielki ruch. Jego serce zabiło szybciej, a ręka automatycznie spoczęła na rękojeści sztyletu, przyczepionego do pasa. Spojrzał w tamtym kierunku i zadrżał, widząc tam postać, której najmniej się spodziewał. Zastygł na chwilę, nie wiedząc, co zrobić. Patrzył na nią, a ból, który w nim wrzał, tylko się pogłębił. Wyrzuty sumienia uderzyły w niego nagle jak lawina. Maegelle, jego anioł, wyglądała teraz jak ktoś, kto stracił wszystko. Siedziała skulona, opierając się o zimną kamienną kolumnę, będąc wciąż w tej samej sukni, którą miała na sobie zeszłego wieczoru, lecz teraz materiał był zmięty, a jej srebrno-złote włosy, których górę zazwyczaj miała spiętą w elegancki węzeł, opadały bezładnie wokół jej twarzy. Wyglądała zupełnie na zagubioną oraz zniszczoną.
Przez chwilę nie mógł wydusić z siebie słowa. Z trudem zebrał odwagę, by podejść bliżej, a gdy zrobił krok, echo jego butów zabrzmiało jak grzmot, rozbijając ciszę między nimi. Bał się, że ją wystraszy, ale jeszcze bardziej obawiał się, co zobaczy, gdy tylko podniesie na niego wzrok.
— Zabawne, nie uważasz? — odezwała się niespodziewanie, jej głos był chrapliwy oraz pozbawiony wszelkich emocji. W jej tonie było coś, co sprawiło, że poczuł lodowaty dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa. — Znów wracamy do początku, gdy jedno z nas nie mogło znieść obecności tego drugiego.
Zrobił krok do przodu, starając się zebrać odwagę, by z nią porozmawiać, choć wiedział, że każda próba może zakończyć się tylko kolejnym palącym bólem.
— Dostałem twój prezent — odezwał się w końcu, wskazując dłonią na sztylet wiszący u jego pasa.
Maegelle nie spojrzała na niego. Jej wzrok wciąż był utkwiony w przestrzeń przed sobą.