Alicent Hightower zwykła mawiać, że jej córka Maegelle została jej zesłana jako prawdziwy anioł przez samych Siedmiu. Z trochę pulchnymi, różanymi policzkami, delikatnymi rysami i malinowymi ustami, dziewczynka potrafiła oczarować każdego, kiedy tyl...
Ups! Ten obraz nie jest zgodny z naszymi wytycznymi. Aby kontynuować, spróbuj go usunąć lub użyć innego.
•──•─•──•✦•──•─•──•
Delikatny szelest liści rozchodził się po ogrodzie, niesiony łagodnym wiatrem, który poruszał gałęziami pobliskich drzew i krzewów, mieszając się ze śpiewem ptaków. Złociste promienie południowego słońca przebijały się strumieniami przez gęstą, krwistoczerwoną koronę czardzewa, stojącego w samym sercu Bożego Gaju.
Srebrne kosmyki jej włosów poruszały się z każdym podmuchem wiatru, łagodnie muskając jej zaróżowione policzki. Nie odgarniała ich. Pozwalała im opadać swobodnie na swoje ramiona i plecy, rozlewając się wokół jej twarzy kaskadą jasnych loków. Stała w bezruchu, wpatrzona w przestrzeń przed sobą, nie do końca świadoma upływu czasu. Jej twarz była zamyślona, a brwi nieco ściągnięte. Widać było, że coś ją dręczyło, choć za wszelką cenę próbowała utrzymać pozory względnego spokoju, chociaż było wręcz przeciwnie.
Myśli kłębiły się w jej głowie, niczym jak niespokojne fale podczas sztormu. Niektóre z nich zaledwie przemykały przez jej umysł, zanim zdążyła je w ogóle uchwycić. Inne zaś nie dawały jej spokoju — wracały uporczywie, bez ostrzeżenia, nieproszone, jak echo, którego nie sposób było uciszyć. Pytania bez odpowiedzi, cienie wątpliwości, a przede wszystkim ciężar zmartwień, które z każdym dniem tylko narastały, przybierając na sile, obciążając jej barki odpowiedzialnością, którą sama zresztą na siebie nałożyła.
Wiedziała, że jeśli chce osiągnąć swój cel, musi działać z rozwagą. Emocje, choć silne, były teraz jej największym wrogiem. Zbyt pochopne decyzje mogły tylko skomplikować jej sytuację, która i tak już była napięta do granic możliwości. Potrzebowała chłodnej głowy i jasnego planu — a przede wszystkim kogoś, komu mogłaby częściowo zaufać. Sama niewiele mogła zdziałać bez sojuszników. Dlatego zwróciła się do jedynej osoby w Czerwonej Twierdzy, która nie tylko rozumiała, jak obserwować oraz działać z cienia, ale także potrafiła to robić z zatrważającą precyzją.
Jakby w odpowiedzi na jej własne myśli, ciszę przeciął dobrze znany jej dźwięk — rytmiczny stukot drewnianej laski o kamienne płyty. Nie musiała się odwracać, by wiedzieć, kto nadchodzi.
Larys Strong dostrzegł ją, zanim jeszcze zdążyła go usłyszeć. Zatrzymał się przy wysokich kolumnach tuż przy wejściu do Bożego Gaju. Jego sylwetka pochyliła się lekko, gdy mocniej oparł swój ciężar ciała na lasce, uważnie obserwując jej plecy. Jego twarz, jak zawsze, zdobił spokojny, uprzejmy uśmiech — ten sam, który nosił przy każdym ich spotkaniu, zaś w oczach pojawiła się znajoma nuta czujności, która nigdy go nie opuszczała.
— Księżniczko... — odezwał się cicho, z szacunkiem pochylając głowę. W jego głosie pobrzmiewała uprzejmość, która była podszyta ostrożnością. Jakby nie był pewien, dlaczego go w ogóle wezwała. — Słyszałem, że chciałaś mnie widzieć?
Maegelle nie odpowiedziała od razu. Jej broda drgnęła nieznacznie w górę, kiedy jego głosu dotarł do jej uszu. Wzięła powolny, głęboki oddech, przez co jej ramiona i klatka piersiowa delikatnie się uniosły i opadły, podczas gdy spojrzenie księżniczki nadal pozostało utkwione w czardrzewie.