Alicent Hightower zwykła mawiać, że jej córka Maegelle została jej zesłana jako prawdziwy anioł przez samych Siedmiu. Z trochę pulchnymi, różanymi policzkami, delikatnymi rysami i malinowymi ustami, dziewczynka potrafiła oczarować każdego, kiedy tyl...
Ups! Ten obraz nie jest zgodny z naszymi wytycznymi. Aby kontynuować, spróbuj go usunąć lub użyć innego.
•──•─•──•✦•──•─•──•
Dni stawały się coraz dłuższe, a godziny nieubłaganie się dłużyły. Każdy poranek zaczynał się od tej samej pustki, od tego samego lodowatego, bolesnego ucisku w piersi, który nie znikał nawet, gdy zaczerpnęła wiele wdechów, by dostarczyć powietrze do swych płuc. Każda noc kończyła się ciężarem, który nie pozwalał jej zasnąć, a gdy w końcu udawało jej się odpłynąć w sen, koszmary nie dawały jej spokoju.
Maegelle powoli przyzwyczajała się do nowej rzeczywistości, choć wcale nie było to tak łatwe, jak początkowo sądziła. Czas nie leczył ran — jedynie uczył, jak z nimi żyć. Uczył, jak oddychać mimo bólu, jak funkcjonować mimo pustki w sercu. Każdy krok był wymuszony, każda rozmowa — mechaniczna, jakby stała się własnym cieniem, uwięzionym w ciele, które wciąż musiało trwać wraz z jej marną egzystencją.
Wspomnienie jej syna wciąż wywoływało w niej ścisk w sercu, palące ukłucie, które nigdy nie łagodniało. Ale nie mogła pozwolić sobie na rozpacz. Nie teraz. Zbyt wiele już wylała z siebie łez. Wiedziała, że gdyby Aemon wciąż żył, jej słodki chłopiec nie chciałby widzieć jej załamanej, pogrążonej w bólu, który odbierałby jej wolę życia. Nie mogła pozwolić, by jego śmierć była daremna. Musiała znaleźć w tym wszystkim jakiś sens, choćby najmniejszy. Cokolwiek, co pozwoliłoby jej się podnieść i iść naprzód. Nadal pragnęła zemsty, ale nie była to już tylko ślepa furia — była to zimna, wyrachowana determinacja. Chciała działać. Nie mogła być bierna, czekać, aż los ponownie odbierze jej to, co kochała. Nie mogła pozwolić, by znów była jedynie biernym widzem, gdy wokół niej toczyła się wojna.
Dlatego, gdy Aegon zaproponował jej nieoficjalne uczestnictwo w Małej Radzie, zgodziła się bez wahania. Po raz pierwszy od dawna poczuła, że nie jest tylko cieniem samej siebie, nie czując się już bezużyteczna. Cieszyła się, że w końcu nie musi przesiadywać sama w komnacie, wypłakując łzy w jedwabną chusteczkę.
Oczywiście, nie wszystkim się to podobało.
Alicent zaprotestowała natychmiast, oburzona decyzją syna. Jej głos, pełen gniewu i frustracji, odbił się echem od zimnych kamiennych ścian sali narad. Głośno wyraziła swoje niezadowolenie, uważając, że wciąganie Maegelle w sprawy, które jej nie dotyczą, jest nieodpowiedzialne, ale księżniczka miała na ten temat inne zdanie. Nie zamierzała być bierna, czekając na kolejny odwet ze strony Czarnych. Nie chciała już dłużej siedzieć w swoich komnatach, będąc zamknięta, niczym ten słowik w swojej złotej klatce. Nie była już tylko księżniczką — była matką, która straciła dziecko. I zamierzała zrobić wszystko, by nigdy więcej nie doświadczyć tej samej bezsilności.
Jej palce miarowo wystukiwały cichy rytm o blat stołu, gdy wzrokiem omiatała zgromadzonych. Wszystkie miejsca były zajęte, oprócz jednego — należącego do królewskiego namiestnika.
Odkąd Aegon zwolnił ich dziadka, na rzecz powołania ser Cristona na jego miejsce, Twierdza wydawała się jej niezwykle pusta. Otto Hightower był dumnym człowiekiem, a jego upadek był równie spektakularny, co jego lata wpływów. Nie zdziwiła się, gdy niedługo później Alicent poinformowała ją, że jej dziadek niemal natychmiast po utracie stanowiska opuścił Królewską Przystań, wracając do Starego Miasta. Królowa wdowa nie mówiła o tym wiele, ale Maegelle wiedziała, że to ją zabolało. W pewien sposób straciła ojca, choć ten wciąż żył.