CHAPTER TWENTY-EIGHT

665 38 10
                                        

•──•─•──•✦•──•─•──•

Ups! Ten obraz nie jest zgodny z naszymi wytycznymi. Aby kontynuować, spróbuj go usunąć lub użyć innego.

•──•─•──•✦•──•─•──•

Krew.

Krew była wszędzie. Szkarłatny strumień wił się niczym wąż, rozlewając po kamiennej posadzce. Wilgotna ciecz wnikała w szczeliny, barwiąc je na głęboki, brunatny odcień. Przesiąkała powietrze metalicznym zapachem, który wdzierał się do nozdrzy, dławił oraz oblepiał nim gardło. Była lepka, gęsta, osiadała na dłoniach, butach, ubraniach, oblepiała skórę niczym grzech, którego nie sposób było zmyć.

Krew niewinnych.

Powietrze rozciął świst, stal zabłysła w świetle księżyca w pełni, a sekundę potem rozległ się krzyk. Krzyk, który przeszył powietrze niczym rozżarzony sztylet, rozdzierając ciszę. Pełen bólu i rozpaczy. Przerażający. Jego echo rozniosło się po chłodnych, kamiennych murach zamku, jakby samo miejsce płakało nad rozlewem krwi.

Drżące dłonie zacisnęły się w pięści, a paznokcie wbiły się w gładką skórę wnętrza dłoni. Z gardła wyrwał się stłumiony szloch, łzy spływały po rozpalonej skórze, paląc ją niczym żarzące się węgle. Ale nikt ich nie otarł. Nikt nie pocieszył. Smutek i żal wisiały w powietrzu, gęste jak mgła. Słone krople znaczyły twarz, mieszając się ze śladem krwi na skórze.

To nie musiało się stać. To nie powinno się stać. A jednak było za późno.

Wystarczyło jedno nieprzemyślane słowo, jedno zbyt dumne spojrzenie, jeden gniewny gest, brzęk monet w sakiewce — i oto byli tu. Zanurzeni po kostki w krwi tych, którzy byli zbyt niewinni, nie mieli szansy się obronić. Cóż, to była za bezsensowna śmierć. Jakże łatwa do uniknięcia.

Odwaga jest śmiercią głupich.

Na środku sali, wśród bezładnych, martwych ciał, w kałuży czerwieni, zamajaczył kształt. Migotliwy blask świec ukazał coś delikatnego, niemal nierzeczywistego. Mały cień poruszył się nieznacznie, wspinając na rękojeść wbitego w ziemię sztyletu.

Motyl.

Delikatnie zatrzepotał swoimi skrzydłami, lecz dość niepewnie, słabo. Był tak mały, taki niewinny w swym pięknie. Jedno z jego skrzydeł było nadłamane, drugiego zaś, w ogóle nie miał. Był... kaleki. Skazany na życie w świecie, który nie miał dla niego litości. Tak, jak dla tych, którzy leżeli martwi na zimnej posadzce.

Zemsta za zemstę.

Cień przesunął się nad motylem, a on, choć drżał, nie zdołał uciec. Silna dłoń zamknęła się na rękojeści sztyletu, a w tle rozległ się cichy, niemal niezauważalny trzask. Skrzydła przestały się poruszać. Na ostrzu została jedynie plama — krwawa, czerwona plama.

Krew krewnych.

Miecz uniósł się ponownie, lśniąc w przygaszonym świetle pochodni. Gdzieś w oddali rozległo się ciche, głuche dudnieni, zwiastujące burze. Pierwsze krople deszczu uderzyły o zimny kamień, rozbijając się w bezlitosnym rytmie. Gdzieś dalej, w ciemności, zaryczał smok.

FAITH | AEMOND TARGARYENOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz