Alicent Hightower zwykła mawiać, że jej córka Maegelle została jej zesłana jako prawdziwy anioł przez samych Siedmiu. Z trochę pulchnymi, różanymi policzkami, delikatnymi rysami i malinowymi ustami, dziewczynka potrafiła oczarować każdego, kiedy tyl...
Ups! Ten obraz nie jest zgodny z naszymi wytycznymi. Aby kontynuować, spróbuj go usunąć lub użyć innego.
•──•─•──•✦•──•─•──•
Odgłos jego kroków odbijał się głuchym echem po korytarzu, wypełniając przestrzeń jednostajnym, twardym rytmem. Narzucona na ramiona peleryna trzepotała cicho przy każdym jego kroku, gdy zmierzał szybkim tempem przed siebie, nie zważając na zamieszanie wokół. Powietrze było ciężkie, przesycone czymś, czego nie potrafił nazwać, czymś, co osiadało na skórze niczym gruba warstwa kurzu.
W tle narastał chaos.
W oddali słychać było przytłumione głosy możnych, wyrwanych brutalnie ze snu. Ludzie tłoczyli się w korytarzach, odziani w nocne szaty, będąc zdezorientowani oraz przestraszeni. Służba szlochała, niektórzy błagali strażników o wyjaśnienia, inni jedynie patrzyli, ściskając siebie nawzajem w milczeniu, podczas gdy ich twarze ukazywały lęk. Psy ujadały wściekle, a ich skowyt mieszał się z donośnymi rozkazami strażników, którzy popychali tłum w jedno miejsce, przeszukując jednocześnie każdy zakamarek Czerwonej Twierdzy.
Coś było nie tak. Coś było bardzo nie tak.
Aemond zmarszczył brwi, chłodno przyglądając się całemu zamieszaniu. Nie pasowało mu to. Był do tego miejsca przyzwyczajony, znał je lepiej niż własną kieszeń, ale teraz — teraz Czerwona Twierdza przypominała coś zupełnie obcego. Coś, co wymknęło się spod kontroli. Jakby podczas jego nieobecności w zamku coś się stało, podczas gdy on przebywał w Smoczej Jamie.
Przyspieszył kroku, zerkając na mijanych ludzi. Ich twarze były wykrzywione w wyrazie strachu, niepewności i paniki, która powoli zaczynała się rozprzestrzeniać jak zaraza.
Skręcił w korytarz prowadzący do warowni Maegora, gdzie znajdowały się apartamenty rodziny królewskiej.
Już z daleka usłyszał głos. Wściekły, roztrzęsiony, wrzeszczący coś, czego nie mógł jeszcze rozróżnić, należący do jego starszego brata. Przechodząc obok komnaty Aegona, zwolnił odruchowo. Drzwi były zamknięte, ale zza nich dobiegały krzyki króla. Wściekłe, przepełnione furią i rozpaczą. Słyszał, jak coś ciężkiego uderza o kamienną podłogę, a potem rozległ się głośny trzask roztrzaskiwanego kamienia. Aegon niszczył wszystko, co wpadło mu w ręce.
Aemond nie zatrzymał się. Nie obchodziło go teraz, co wyprawia jego brat. Z impetem ściągnął czarną pelerynę ze swoich barków i chwycił ją swobodnie w dłoń. Nie miał teraz na to czasu. Bez zbędnego zastanowienia ruszył dalej, kierując się do komnat swoich i Maegelle, mając cichą nadzieję, że tam ją zastanie. Że może w końcu ochłonęła po ich ostatniej rozmowie.
Mimo że w całym zamku panowało poruszenie, korytarz prowadzący do ich apartamentów wydawał się dziwnie cichy. Powietrze było ciężkie, jakby utkane z czegoś gęstego i dusznego. Napięcie oplatało go ciasnym uściskiem. Aemond zwolnił, wbijając wzrok w korytarz.
Nagle, jakby znikąd, obok niego przebiegła służka tak szybko, że niemal jej nie zauważył. W rękach trzymała zakrwawiony materiał, na co odruchowo się zatrzymał. Wpatrywał się w oddalającą się kobietę, czując, jak jego wnętrzności skręca dziwne przeczucie.