Alicent Hightower zwykła mawiać, że jej córka Maegelle została jej zesłana jako prawdziwy anioł przez samych Siedmiu. Z trochę pulchnymi, różanymi policzkami, delikatnymi rysami i malinowymi ustami, dziewczynka potrafiła oczarować każdego, kiedy tyl...
Ups! Ten obraz nie jest zgodny z naszymi wytycznymi. Aby kontynuować, spróbuj go usunąć lub użyć innego.
•──•─•──•✦•──•─•──•
Nad uliczkami Królewskiej Przystani rozbrzmiewał głuchy dźwięk dzwonów. Każde kolejne uderzenie zdawało się być bardziej żałobne od poprzedniego, niosąc się echem nad dachami domów, odbijając od wąskich, kamiennych alejek i milknąc gdzieś pośród ściszonych głosów, szepczących ze sobą prostaczków, jakby bali się, że każde wypowiedziane słowo może sprowadzić coś złego. Rozmowy urywały się nagle, ustępując miejsca stukotowi końskich kopyt i metalicznemu brzękowi zbroi, który zbliżał się w rytmicznym, nieubłaganym marszu.
Miasto, jakby jednym ciałem, wstrzymało oddech. Powietrze zrobiło się duszne i ciężkie, mimo że wiatr wciąż hulał pomiędzy budynkami. Targowiska zamarły. Sprzedawcy, jeszcze chwilę temu nawołujący do kupna swoich towarów, nagle zamilkli. Ich wzrok powędrował w stronę głównej drogi, gdzie właśnie słychać było przeciągłe dęcie w róg i głos jednego z rycerzy, który krzycząc, obwieszczał ich zwycięstwo pod Gawronim Gniazdem. Pochód wojskowy wjeżdżał na jeden z większych placów, a tłum rozstępował się z niepewnością, mieszanką ciekawości i strachu, który aż wisiał w powietrzu.
Maegelle stała na murach Czerwonej Twierdzy, wysoko ponad miastem, obserwując wszystko z góry. Chłodny wiatr rozwiewał jej jasne włosy, smagając policzki i szyję. Pojedyncze pasma łaskotały jej skórę, drażniąc ją, choć nie zwracała na to większej uwagi. Igiełki zimna wdzierały się pod materiał jej jeździeckiego stroju, który wciąż miała na sobie, odkąd tylko wróciła do Królewskiej Przystani wraz z Aemondem na ich smokach. Jednak mimo chłodu i nieprzyjemnego uczucia, nie poruszyła się, ani nie próbowała nawet poprawić ubrania, by się ogrzać. Stała nieruchomo, opierając się o zimny kamień, który odbierał jej resztki ciepła.
Zadrżała, kiedy kątem oka dostrzegła nadjeżdżający pochód, wracający z Gawroniego Gniazda. Od razu wiedziała, co to oznacza. Wzięła głęboki oddech i wychyliła się nieco bardziej przez murek, starając się uchwycić każdy szczegół. Rycerze na koniach jechali powoli, z ponurymi minami, rozdzielając tłum i torując drogę dla wozu, który sunął między nimi, prowadzony przez cztery konie, które z każdym krokiem zdawały się walczyć z oporem nawierzchni. Na drewnianej platformie spoczywała ucięta głowa Meleys — ogromna, pokryta zakrzepłą krwią, którą zdążyły okrążyć muchy. Teraz była już tylko trupem, martwym mięsem wystawionym na pokaz.
Palce Maegelle bezwiednie zacisnęły się na ceglanym murze, tak mocno, że aż zbielały jej knykcie. Widok martwego smoka budził w niej coś, czego nie potrafiła nazwać. To nie był tylko gniew, ani nawet nie sam żal. To była mieszanka wstrętu i smutku, jakby ktoś sprofanował coś świętego. Smoki były symbolem ich rodu, częścią ich tożsamości. Dla niej nie były jedynie bronią. Były ich dziedzictwem, potęgą — a przede wszystkim częścią nich. Ich strata bolała, niezależnie od tego, po której stronie się znajdowały.
Ludzie lubili mówić, że Targaryenom bliżej do bogów niż do ludzi, głównie z powodu ich smoków, ale było to kłamstwem. Bogowie nie mogli umrzeć, a teraz wszyscy wokół mogli na własne oczy ujrzeć, że Meleys nie była nieśmiertelna. Smoki były tylko mięsem — istotami z ciała i krwi, które z łatwością można było zabić, tak jak wszystko inne, co żywe. A teraz głowa Czerwonej Królowej była wystawiona na widok publiczny, jakby była zwykłą zdobyczą wojenną.