17

1.2K 151 8
                                        

Tristan

– Co tu robimy? – zapytał towarzyszący mi Arsen, parkując motor obok mojego. – Po całym dniu śledzenia ludzi Devilla zasłużyliśmy na wypoczynek, a tymczasem my nadal krążymy po mieście i to w dodatku po szemranej okolicy. Po co tu jesteśmy? Przecież byliśmy tu wczoraj, gdy odbieraliśmy haracz od lokalsów.

– Mam ochotę na kawę. To był ciężki dzień – stwierdziłem, siląc się na naturalność.

– Na kawę? – zdumiał się. – Piwo lub whisky, to rozumiem, ale kawę? Odkąd to ją pijasz? Zawsze twierdziłeś, że jest ohydna.

– Od wczoraj – warknąłem, bo nie zamierzałem mu się tłumaczyć i jak gdyby nigdy nic zeskoczyłem z maszyny i ruszyłem w dół uliczki, na końcu której mieściła się maleńka kawiarnia.

Sheri

Przygotowywałam poczęstunek dla kilku klientów, którzy przyszli do Kawowej rozkoszy na popołudniową kawę i ciastko. Lubiłam to. Lubiłam obsługiwać innych, tworzyć dla nich cukiernicze dzieła sztuki i ozdabiać podawane im kawy pianką układaną w wymyślne wzory. Uśmiechałam się przy tym i nuciłam radośnie zasłyszany w radio przebój, gdy nagle podeszła do mnie Mia, dotychczas zajęta zmywaniem naczyń na zapleczu.

– Sheri, ktoś na ciebie czeka w kuchni – stwierdziła konspiracyjnie.

Popatrzyłam na nią zaskoczona.

– Kto taki?

– Prosił o dyskrecję – wyszeptała, po czym głośno już dodała, wskazując ruchem głowy na leżącą przede mną tacę, na której układałam zamówienia. – Ja się tym zajmę, a ty idź.

Poczułam się nieswojo. Kto to mógł być? I dlaczego w tym momencie mimowolnie stanął mi przed oczami wysoki brunet w czarnym kombinezonie motocyklisty z węgielnym spojrzeniem wbitym prosto w moje oczy?

Sheri, opanuj się do diabła!, ofuknęłam samą siebie w duszy.

Co on ze mną zrobił? Cholerny Tristan Stiller!

Ruszyłam w stronę wejścia na zaplecze, starając się odgonić do siebie myśli o przystojnym Królu Miasta.

Na widok siwowłosego staruszka, który siedział na krześle w kącie kuchni, zaciskając kurczowo dłonie na trzymanym na kolanach pudełku, poczułam ulgę zmieszaną z rozczarowaniem. Ulgę, że to nie ON i rozczarowanie, że jednak nie przyszedł. Nie wiem na co liczyłam. Chyba, że faktycznie spełni swoją obietnicę i pojawi się w mojej kawiarni. I to była wina Mii, bo przyjaciółka nastawiła mnie romantycznie, że teraz roiłam sobie wydarzenia, które nie miały racji bytu w mojej rzeczywistości.

Żarty... Tristan żartował i tyle. Jak ktoś taki jak on mógł by chcieć kogoś takiego jak dla siebie? To absurd. Musiałam to siebie powtarzać, by w końcu to pojąć i przestać myśleć o niebieskich migdałach.

Z trudem powstrzymałam smętne westchnienie i przyoblekłam usta w lekki uśmiech.

– Dzień dobry, panie Paul – powitałam znajomego klienta.

W sumie nie byłam pewna co tu robił i skąd ta nagła konspiracja, ale na razie ciężko mi było to analizować przez uczucia, które starałam się zwalczyć.

– Och, dziecko, jesteś! – Mężczyzna poderwał się z krzesła na mój widok. Zrobił to tak gwałtownie, że aż trzymany przez niego przedmiot wypadł mu z rąk i potoczył się wprost pod moje koślawe stopy. Pochyliłam się i podniosłam go z ziemi. Okazało się, że to co miałam za zwykłe pudełko w rzeczywistości jest drewnianą skrzykną. Na jej wieczku dwa miniaturowe aniołki tuliły się do siebie z czułością. Z tego co zauważyłam brakowało im skrzydełek, jakby ktoś wyciął je z przykrywki, zostawiając jedynie zagłębiania oddające ich kształt. Pewnie się odłamały. Szkoda, ale na szczęście nie wpływało to drastycznie na wygląd całości.

Mimowolnie pogładziłam jednego z aniołków. Co za wykonanie. Jaka precyzja...

– Piękna – skomentowałam niesiona zachwytem, oddając zgubę właścicielowi. Mężczyzna rozejrzał się wokoło, jakby nagły odgłos mógł zwabić do kuchni kogoś niepowołanego.

– Zrobiłem ją osobiście – stwierdził z zamyśleniem.

– Ma pan ogromny talent – przyznałam.

– Miałem. Teraz już wzrok nie ten, a i motywacji brak – wyznał. – Zrobiłem ją dwadzieścia osiem lat temu.

– Ma tyle lat co ja – stwierdziłam podekscytowana.

– I ten fakt nie jest bez znaczenia – odparł przyglądając mi się uważnie.

– Słucham? – spytałam zdumiona.

Co on miał na myśli? A może pokrętnie zrozumiałam jego słowa?

Staruszek zbliżył się do mnie i oznajmił konspiracyjnym szeptem:

– Nie mam już za wiele czasu. Jestem ciężko chory, a oni... Oni mnie znaleźli!

Moje oczy musiały w tej chwili przypominać spodki.

– O kim pan mówi? – zapytałam cicho, bo bałam się podnieść głos, tak bardzo udzielił mi się lęk, którym epatował staruszek.

– Źli ludzie... Potwory w ludzkich skórach już trafili na mój ślad – wyszeptał ponownie rozglądając się wokół nerwowo. – Są na moim tropie. Dłużej nie mogę zwlekać. Obserwowałem cię przez ostatnie pół roku i biłem się z myślami, ale doszedłem do wniosku, że nie możesz dłużej żyć w kłamstwie. Wiem kim jesteś, dziecko. Wiem kim są twoi rodzice...

Staruszek musiał mieć problemy z głową. To nie ulegało wątpliwości, po tym co właśnie powiedział.

– To Anne i Jonathan Brooksowie – stwierdziłam uśmiechając się pobłażliwie.

Mężczyzna zaprzeczył ruchem głowy.

– Mam na myśli twoich prawdziwych rodziców, skarbie.

– Prawdziwych? Ależ Brooksowie byli prawdziwi – odpowiedziałam zapalczywie.

W tej chwili zrobiło mi się go żal. Biedny. Zdecydowanie był chory. To smutne. Wydawało mi się, że wszystko z nim w porządku. Często tu bywał, dużo rozmawialiśmy. Nigdy nie sprawiał wrażenie szalonego. A może to początki demencji? Albo schizofrenii? W grę wchodziło jeszcze pijaństwo, ale nie czułam od niego odoru strawionego alkoholu.

W tym momencie do kuchni zajrzała Mia. Była cała czerwona z emocji.

– Sheri, nie uwierzysz co się stało! – pisnęła podniecona.

– Za chwilę przyjdę. Jeszcze nie skończyliśmy – oznajmiłam, bo głupio mi było spławić staruszka, zwłaszcza, że nie był on najwyraźniej w najlepszej kondycji.

– Zaraz może być za późno! Dawaj! ON tu jest! – zawołała. – Jest i... i pyta o ciebie! Chce z tobą rozmawiać!

– On... – powtórzyłam za nią, bo od razu wiedziałam kogo ma na myśli.

Król Miasta - PREMIERA 18.06.2025 r.Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz