Chapter 2

1.3K 134 9
                                        

Wróciłem do domu z lekka zmieszany. Trochę mi ten chłopak namieszał w głowie. Taki delikatny, zwyczajny tak bardzo, że aż niesamowity.  Dziwne uczucie, inne niż te, które odczuwam codziennie. 

Wjechałem windą na czwarte piętro, następnie włożyłem klucz i przekręciłem go dwa razy w drzwiach ze złotym numerkiem czternaście. Wszedłem do pogrążonego w ciszy i półmroku mieszkania. W korytarzu zdjąłem buty i bluzę wieszając ją na wieszaku. Wszedłem do kuchni i wyjąłem z lodówki wczorajszy Ramen. Podgrzałem jedzenie w mikrofalówce i przeniosłem się do salonu, gdzie usiadłem przy stole, włączając telewizję. Obejrzałem wiadomości jedząc obiado-kolację. 

Po umyciu naczyń postanowiłem się wykąpać. Napuściłem wody do wanny i wlałem do niej płynu do kąpieli. Rozebrałem się i wszedłem do wanny pełnej ciepłej wody. Zanurzyłem się cały w kojącej cieczy. Gdy zabrakło mi tlenu wynurzyłem się i zaczerpnąłem powietrza. Po chwilowym relaksie umyłem się i opuściłem zbiornik. 

Wytarłem swoje ciało białym, puchatym ręcznikiem. Założyłem na siebie bieliznę i piżamę składającą się z czarnego podkoszulka i czerwonych koszykarskich spodenek. Umyłem już zęby po jedzeniu. Nie mam zamiaru już nic dzisiaj jeść.

Opuściłem pomieszczenie i powlokłem się do swojej sypialni. Tam zapaliłem lampkę przy łóżku i zgasiłem główne światło. Usiadłem na łóżku i przykryłem się kołdrą. Chciałem już brać książkę z szafki nocnej, gdy przypomniało mi się, że zapomniałem zakluczyć drzwi. 

Z westchnieniem podniosłem się z miękkiego materaca i posnułem do drzwi wyjściowych. Przekręciłem klucz, który znajdował się w zamku i wróciłem do mojej sypialni. Znowu usadowiłem się na łóżku pod okryciem, tym razem już biorąc książkę w dłoń i otwierając ją w miejscu gdzie była moja zakładka. Czyli na sto dwudziestej pierwszej stronie. Odłożyłem tekturę na bok i wznowiłem czytaną wczoraj lekturę.


                                                   **********************************************************

Około godziny dwudziestej trzeciej bolały mnie oczy więc zostawiłem książkę i wygramoliłem się z łóżka. Poszedłem do salonu. Będąc już tam, usiadłem na parapecie, z którego miałem idealny widok na ulice Seulu. Wziąłem mój szkicownik, który właśnie tam zawsze leży, razem z ołówkiem i zacząłem szkicować główną ulicę, skrawek drzew z parku i pobliskie budynki. Jednak po chwili do mojej głowy wkradł się ktoś. A raczej myśl o tym kimś.

O Aniele. Nie pamiętam dokładnie jego wyglądu, bo widząc go jeden jedyny raz nie byłem w stanie uchwycić wszystkich detali jego urody. Jednak zacząłem szkicować odwróconą tyłem sylwetkę chłopaka, smukłą i wysoką, a z pleców wyrastały wielkie, piękne skrzydła anioła. Wyszło mi to nawet nawet, tak myślę. Będąc zbyt zmęczony by robić cokolwiek innego niż spanie zszedłem z parapetu zostawiając tam rysunek. 

Udałem się do kuchni i napiłem soku pomarańczowego, który wyjąłem z lodówki. Odstawiłem szklankę na blat i poszedłem do mojego pokoju. Ułożyłem się wygodnie na łóżku i ustawiłem jeszcze budzik na siódmą. 

Po chwili oddałem się w ramiona Morfeusza, bo za sześć godzin muszę wstać do pracy.


                           ******************************************************************


Jak zwykle gdy rano zadzwonił budzik podniosłem się  z materaca i ziewnąłem. Rozciągnąłem się i jeszcze nie do końca przytomny udałem się do łazienki, gdzie jak zwykle umyłem zęby i twarz, ułożyłem włosy, załatwiłem się i użyłem ulubionych perfum. Po opuszczeniu łazienki wybrałem sobie ubrania na dzisiaj. 

Tamtym razem były to białe, obcisłe spodnie, tego samego koloru luźna koszulka i jasno- niebieska jeansowa kurtka. Wyszedłem z mojej sypialni jak zwykle idąc do kuchni, by zjeść śniadanie i wypić kawę oglądając jakieś głupie kreskówki. 

                                                                                                     *

Ubrałem buty i kurtkę, i opuściłem moje mieszkanie. Dzisiaj nie chce mi się schodzić po schodach, więc zjechałem na dół windą.  Wyszedłem z bloku i zaczerpnąłem rannego, rześkiego powietrza, wznawiając drogę do pracy.


Znowu pokonałem ruchliwą ulicę, znowu znajdując się w parku. Tak jak zwykle mijałem ludzi spieszących się do pracy czy szkoły, kilka staruszek ubranych w grube, ciepłe płaszcze, by ochronić się przed zimnem, które już daje o sobie znać. Jak zwykle kobiety karmiły ptaki, czy rozmawiały, siedząc na licznych ławkach umieszczonych wzdłuż głównej alejki parku.

Szedłem tą właśnie aleją, obserwując przyrodę, pogrążony w swoich myślach. Pod koniec skręciłem w boczną alejkę, dzięki czemu dostanę się do swojego miejsca pracy. Mimowolnie mój wzrok powędrował na ławkę obok fontanny, lecz nie zastałem tam widoku, który chciałbym ujrzeć.

Angel ✅/ MarksonOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz