23/2

771 55 60
                                        


Keira...

Keira.

Keira!

Ocknij się.

- Co się... - wymruczałam, starając się wstać, ale coś mi nie pozwoliło i położyło z powrotem na podłogę.

- I trzeba było z mokrą głową biegać? - zapytał jakby lekko oburzony głos.

Gdy mój wzrok się wyostrzył, mogłam ujrzeć Jacka pochylającego się nade mną.

Jak sparzona znowu chciałam wstać, tym razem ze wstydu, ale on nadal trzymał mnie za czoło swoją ręką, uniemożliwiając ruch.

- Leż. Masz wysoką gorączkę. - rozkazującym tonem powiedział, i wstał, następnie idąc do "kuchni".

Po chwili znowu przyszedł, tym razem ze szklanką pełną jakiegoś lekko mętnego płynu. Na pierwszy rzut oka nie wyglądało to jakoś dziwnie, i gdyby miała by to mi dać bliska mi osoba, bez wahania bym to wypiła, ale że od niego to... Cóż...

- Wypij to. - przyłożył mi szklankę do ust, pochylając moją głowę lekko drugą ręką.

- Co to jest? - skrzywiłam się, gdy poczułam typowo szpitalny zapach, który przypominał mi o tych niedobrych lekach o nieprzyjemnej woni.

- A czy to ważne? Wypij to. - przechylił szklankę.

- Nie wypiję, póki nie powiesz mi co to jest. - upierałam się, odwracając głowę.

- Po prostu to wypij! - krzyknął już zirytowany.

Tak, bałam się, ale jeszcze bardziej obawiałam się tego, co on mi daje. Kto wie czy to nie jest trutka, przez którą będę umierała w męczarniach? Choć nie wiem, czy byłby teraz sens zabijać mnie tym czymś. Ale nic nie wiadomo.

- Nie. - trzymałam na swoim, odpychając naczynie dłonią.

On spojrzał na mnie, zaciskając już usta, z których prawdopodobnie chciały już wylecieć ostre słowa.

Nagle wziął łyka tej cieczy i popatrzył na mnie ponownie, po czym niespodziewanie przyłożył swoje wargi do moich, przekazując do moich ust całą zawartość swoich. To zadziało się za szybko i niespodziewanie, tak, że przez całą tą sytuację zdążyłam już stracić nad sobą kontrolę i to połknęłam, jeszcze przy okazji się krztusząc. Gdy już oderwał się odemnie, ja usiadłam oszołomiona i zaczęłam brać głębokie wdechy.

Gdybym była zdrowa, prawdopodobnie czułabym jak rumieńce wkradają się na moje policzki, ale że mam gorączkę, to już zmienia obrót sprawy.

Gdy już się uspokoiłam spojrzałam na niego.

- Co... Co to miało być? - spytałam zdziwiona.

- Nic. Musiałem coś zrobić, żebyś w końcu to wypiła. - powiedział swoim zwykłym tonem.

Dla niego to nie musi nic znaczyć ale dla mnie... To był pocałunek, czy jak? To już chyba drugi raz jak zrobił coś takiego. I za każdym razem mnie to zawstydza, a jego nie. To sprawia, że jestem jeszcze bardziej skonfundowana. Owszem, jestem tym zdziwiona, ale pytanie jest takie...

Dlaczego mi się to podobało?

Na myśl o tym moje serce znowu zaczęło bić mocniej, a ja miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Co w tym takiego było, że mi to nie przeszkadzało?

Gdy dalej tak rozmyślałam, zaraz pod moim nosem ukazała się już trochę opróżniona szklanka, a przed moją twarzą - Jack.

Postanowiłam ulec i wypić to coś, pomimo, że zupełnie nie wiem z czego jest to zrobione.

Wzięłam naczynie do dłoni i z wyraźnym obrzydzeniem na twarzy jak najszybciej starałam się dopić do końca.

Smakowało to... Okropnie, gorzej niż wszystkie syropy razem wzięte. Miałam ochotę wymiotować, ale jakimś cudem dopiłam to do końca, kolejnie odstawiając szklankę.

Gdy usłyszałam ciche powstrzymywanie śmiechu, już wiedziałam, że to Jack, więc na niego spojrzałam. Faktycznie, mało co nie zrobił się czerwony.

- Czyli co ty mi tam dałeś? - spytałam udając mało wzruszoną, co chyba i tak nie wyszło dobrze.

- To było tylko... - przerwał, aby wziąć wdech. - Lekarstwo. Śmiałem się tylko z twojej miny gdy to piłaś.

Mogłam się tego spodziewać. Śmieszy go wszystko co nieśmieszne.

Gdy już chciałam wstać na nogi, nagle moje kończyny przypomniały mi upadkiem, że jestem osłabiona.

- Nie tak szybko. - zmienił nagle swoje nastawienie. — Musi minąć przynajmniej jeden dzień żebyś wyzdrowiała.

I znowu powrót okropnego samopoczucia, dlaczego ja do cholery jasnej nie zostałam nieprzytomna? Chciałabym iść już spać, ale za wszelką cenę moja głowa mi na to nie pozwoli.

Wnet poczułam, jak tracę pod sobą grunt, bowiem Jack wziął mnie na ręce i położył na kanapie, a następnie sam usiadł i usadowił moją głowę na swoich nogach, robiąc za poduszkę. Dziwnie się czułam, więc wstałam.

Popatrzyłam na niego krzywo, ale ten znowu przyciągnął mnie do siebie, przez co byłam zmuszona na nim leżeć.

— Co tobie? — wymamrotałam. To kolejny taki jego gest, który mnie dziwi. Czy to w ogóle jest on? Gdybym miała porównać jego sprzed trzech tygodni, i jego teraz, to w ogóle nie byłby do siebie podobny. Jakby jeszcze tego było mało - mi się to podoba i mimo, że nie chcę stawiać oporu to i tak nie chcę dawać po sobie tego znać.

Niestety, po odpowiedzi ani śladu. Za to oprócz tego poczułam, jak kosmyki moich włosów się wznoszą, i upadają, i tak w kółko. To już na serio jest dziwne, ale nie protestowałam.

— Trzeba było mi powiedzieć, że źle się czujesz. — ni stąd ni z owąd wszczął temat.

— I co byś z tym zrobił? — wybuczałam lekko zaspanym głosem.

— Znam się w tym fachu, więc coś napewno.

I tu teraz to mi dało do myślenia. Skalpely, nie skalpely, w końcu żywi się... Cóż... Nerkami. Więc to aż zmusza go do tego, aby być w tym temacie obeznanym. No, o tym Keira nie pomyślałaś.

Gdy tak leżałam, i mogłam zamknąć oczy, poczułam się jakbym była z powrotem w domu. Ciepło, żaden strach.

I to mi pomogło w zapadnięciu w sen.

"Znaleziona Maska" // Eyeless JackOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz