XXXIV

667 74 84
                                        

- To on to zrobił, tak? - zapytała, drżąc z wściekłości.

Milczał. Czuł wstyd przed samym sobą, że doprowadził do takiej sytuacji.

Jego przyjaciółka, z której dobrowolnie zrezygnował na rzecz miłości, martwi się o niego mimo wszystkiego, co zrobił.

Nie był przy niej, gdy go potrzebowała, nie wsparł, nie pozwolił się wypłakać w swoje ramię. Ale zyskał kogoś takiego jak Maksym. Kogoś, którego da się jednocześnie nienawidzić i kochać, bać się i pragnąć jego towarzystwa.

Miał wrażenie, jakby od momentu zerwania kontaktu z Miriam, spora grupa osób modliło się za jego nieszczęście. A może to było tylko głupie wrażenie!

- Odpowiedz! - jej dłoń zacisnęła się boleśnie na jego nadgarstku.

- Tak, to on! - wyrwał rękę z jej dłoni. - Zasłużyłem, okej?

Odebrał swój telefon i wysłał wiadomość, po czym chciał się oddalić, ale powstrzymało go ciche pytanie:

- Niby jak, co?

Przełknął ślinę, czując jak z jego płuc ucieka tlen. Ostatnie, co chciał w tamtym momencie jej powiedzieć to powód, dla którego przez co najmniej tydzień jego twarz będzie zdobić ogromna, czarna plama.

Ale wiedział, że musi. Inaczej będzie drążyła temat u innych źródeł, a on o tym doskonale wiedział.

- Pokłóciliśmy się. - mruknął. - Sam już nawet nie pamiętam, czemu. Ostatnio ciągle tak jest, nie ma spotkania bez kłótni. Ale dziś...

Zabrakło mu słów. Po prostu zamknął oczu, próbując uspokoić oszalałe ze smutku serce choćby na parę chwil.

Ulgę nie przyniosły mu myśli o uroczej Pani O'Leary, Imagine Dragons, a nawet o powrocie do obozu, który tak czy siak wciąż był otoczony plagą nagłych, niewyjaśnionych śpiączek. Dopiero gdy ramiona Miriam otoczyły go w pasie, a jej głowa wylądowała na jego ramieniu poczuł, jak z jego serca powoli spada ogromny ciężar.

Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo przez te pół roku, w większości przepełnione milczeniem bądź niezręcznymi rozmowami trwającymi nie dłużej niż pięć minut, stęsknił się za nie nią.

Nie tylko za jej uściskami, ale i za długimi rozmowami, nieraz przerywanymi napadami śmiechu, za jej skupioną miną, gdy bazgroliła w swoim szkicowniku, za tym wszystkim, czym wyrażała siebie.

- Miriam, ja... - zaczął.

- Wiem. - nawet, jeśli nie widział jej twarzy wiedział, że się uśmiecha.

Przytulił ją tak mocno, jakby zaraz miała wyparować. Czuł, jak jej dłonie zaciskają się na materiale jego kurtki pilotki, jak wtula twarz w zagłębienie jego szyi. Odetchnął, czując jak ciepło bijące od ciała Miriam powoli go otacza.

Lecz tą jakże magiczną i piękną chwile przerwały szybkie kroki i gwałtowny chłód, który zaatakował jego pierś.

W ramiona Miriam boleśnie wbijały się kościste i przerażająco chłodne dłonie, które czuła nawet przez bluzę. Skamieniała spojrzała w górę i ku swojemu przerażeniu ujrzała Maksyma, na zmianę bladego i czerwonego ze wściekłości.

- Co ty, do cholery, sobie wyobrażasz? - warknął.

Jego zachowanie nie pasowało do tego samego, wiecznie uśmiechniętego Maksa, klasowego klauna. Ten błysk w oczach, mocny uścisk, to wszystko pasowałoby do portretu klasycznego psychopaty, nie do przyjaznego chłopaka.

Jednak jego głos najbardziej niepokoił dziewczynę. Nie był już ciepły, donośny. Brzmiał metalicznie, przerażająco, nieludzko. Im dłużej wpatrywała się w jego twarz, tym bardziej się zniekształcała, skóra szarzała, oczy barwiły się na czystą czerń.

- Co jest, do cholery? - wrzasnęła czując, jak gwałtownie jego paznokcie przedzierają się przez materiał bluzy i wbijają się w skórę nastolatki.

Kopnęła go w kolano i wyszarpała z uścisku, cofając się o kilka kroków. Teraz zamiast niewiele wyższego chłopaka, przed nią stał wysoki na co najmniej dwa metry potwór, który wyglądał jakby chwilę temu wyszedł z Tartaru.

- Bądź gotowa, Elpizo. - powiedział, uśmiechając się złowieszczo. - Tym razem nie pokonasz naszego pana. Tym razem to ciebie spotka śmierć.

Zaraz potem rozpłynął się w mrok, pozostawiając oboje nastolatków w szoku.

***

Siedzenie w kuchni Nicka bez bluzy nie należało do przyjemnych choćby ze względu na to, że zarówno on, jak i Percy mogli podziwiać jej czarny, koronkowy stanik.

Jakby nie mogła jednak ubrać tej cholernej koszulki pod spód. I sportowego stanika.

Czekała, aż Nico wróci z jakimiś bandażami i nową bluzą, bo przez potwora, którym okazał się Maksym, jej ubranie zostało poszarpane, podobnie jak jej skóra na ramionach.

- Będą z tego blizny. - westchnęła, gdy czarnowłosy wrócił z małą apteczką i jedną z jego licznych, czarnych bluz. - Jak się trzymasz?

- Cóż, właśnie okazało się, że chłopak którego kochałem przez cały czas był jakimś potworem. - wzruszył ramionami, zabierając się za opatrywanie ran. - Normalka.

- A tak na poważnie? - uniosła brew.

- Nie wiem, Miriam. - westchnął. - Jakim cudem tego nie zauważyłem? Jestem herosem, do cholery. Powinienem spodziewać się, że sielankowe życie nie jest dla mnie.

- Dopadniemy go. - obiecała. - Wtedy przerobię go na mielonkę. I podam jego panu na kolację.

Nikły uśmiech pojawił się na jego ustach, gdy zabandażował jej ramiona. Rzucił jej bluzę i powiedział:

- Ubierz się. Ja pogadam z Percy'm.

Kiwnęła głową, zarzucając na siebie jego bluzę. Upewniając się, że już wyszedł do salonu, powąchała materiał, przymykając oczy. Pachniała dokładnie tak, jak on - mieszanką męskich perfum i proszku do prania o zapachu świerka. Był to zapach tak przyjemny, że aż na jej usta wpłynął błogi uśmiech, który i tak po chwili zniknął pod maską powagi, którą przybrała gdy weszła do salonu.

- Jak sytuacja w obozie? - zapytała, siadając na fotelu.

- Coraz gorzej. - westchnął Percy. - Pan D miał udać się na Olimp w tej sprawie, ale zniknął, nie da się go namierzyć. I zaczęły się ataki, ludzie mówią, że widzieli dokładnie te same potwory, które wy widzieliście na spacerze. Wiecie, te takie co pokazują rzeczy, których się człowiek boi.

- Jest jeszcze coś. - powiedział Nico. - Okazało się, że mój chłopak był jednym z tych... Demonów

Angel And Death Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz