XXXII

798 64 190
                                        

Następne pare dni minęły szybko.

Zdecydowanie za szybko.

Stan ojca Miriam pogorszył się nagle do tego stopnia, że leżał podpięty do respiratora i gasł w oczach.

Najgorsze było to, że nie mogła być przy nim cały czas. Nie wiedziała, gdy nadejdzie ostateczny moment, czy zdąży się pożegnać.

Nie chciała, by w spotkaniu ze śmiercią towarzyszyła mu samotność. Chciałaby przytrzymać go za dłoń, tą samą dłoń, która przytrzymywała ją, gdy uczyła się chodzić, tą samą dłoń, która zaciskała przerażona pierwszym dniem w szkole, tą samą dłoń, która zawsze była ciepła i obejmowała ją za każdym razem, gdy ojciec pękał z dumy.

W szkole czuła się samotna. Wanda robiła wszystko, by jej dopiec, nie wiedząc o tym co się dzieje. Alicja nie miała pomysłu, jak jej pomoc, a Nico? Nico był zbyt zajęty Maksymem, żeby w ogóle zwrócić na nią uwagę.

Karma, wmawiała sobie. Ty jego zostawiłaś dla chłopaka, teraz jego kolej.

Jej dni były pogrążone w rutynie. Wracała ze szpitala późną nocą tylko po to, by odrobić jakieś zadania domowe i pospać dwie godziny, następnie iść do szkoły i znów pędzić do lekarza.

W sobotę, gdy miała chwile dla siebie, postanowiła przejrzeć albumy rodzinne, które były swego rodzaju tradycją w rodzinie Czajkowskich. Co roku wywoływali najlepsze zdjęcia i umieszczali je w kolorowych książkach, by moc później przeglądać je, śmiejąc się do rozpuku.

Pierwszy album miał różową okładkę z kotkami. Pierwsze strony były zapełnione jej zdjęciami, na których wyglądała jak czerwoniutki ziemniak – w końcu była noworodkiem. Na niektórych była na rękach u wujków, na jednym nawet u Darii.

Kiedyś była inna, dostrzegła to po jej szczerym uśmiechu, którym obdarzała Miriam, która patrzyła na nią z ogromnym zaciekawieniem.

Dopiero na ósmej stronie znalazła zdjęcie z tatą.

Była pełna podziwu. Mimo, że miłość jego życia zostawiła go samego z dzieckiem, ten wciąż tryskał radością, trzymając w objęciach noworodka, który nie do końca kontaktował.

W innym albumie zobaczyła pierwsze zdjęcie, na którym pojawiła się jej macocha. Było zrobione u fotografa, wszyscy byli ubrani odświętnie – tata w koszule i krawat, a mama i Miriam ubrane w pasujące do siebie, różowiutkie sukienki.

Miała wtedy dwa latka i szczęście wypisane na pucołowatej buźce.

Na kolejnym zdjęciu Miriam uciekała nieporadnie przed tatą na plaży. To było jedno z jej najwcześniejszych wspomnień, zagnieżdżonych daleko w jej pamięci.

Po krótkiej gonitwie potknęła się o jakiś patyk, przewróciła się i jakimś cudem zdarła kolano. Była bliska płaczu, gdy jej tata opiekuńczo zaniósł ją spowrotem na kocyk i opatrzył kolano.

– Nie płacz, młoda. – zakuł ją w żebra, próbując rozbawić. – Jesteś na to za silna.

Odłożyła album, próbując odgonić łzy, które napłynęły do kącików jej oczu. Sięgnęła po następny, ten który został utworzony pięć lat po jej narodzinach.

Wtedy pierwszy raz pojechali za granice. Był to dla niej duży szok – z pochłoniętej zimą Polski wyjechali do słonecznego Egiptu.

Pamietała, jak rodzice musieli ją siłą odciągać od wielbłądów. Sama nawet nie wiedziała czemu, ale zwierzęta wydawały się jej niezwykle interesujące i ciekawe, że chciała ich dosiąść.

Na tamtym wyjeździe uczyła się dzielnie pływać, mimo że nie do końca jej się to udawało. Oczywiście miała pływaczki na ramionach, dzieki którym swobodnie unosiła się na widzie, lecz w pewnej chwili zsunęły jej się z rączek, przez co automatycznie zaczęła się topić.

Nie pamietała co się działo później, lecz z opowieści taty wynikało, że odwrócił się na sekundę, bo mama pytała go o rodzaj soku, który miała mu przynieść. Zaraz potem ujrzał tylko rude loczki, powoli spływające coraz niżej i niżej.

Przeglądała każde zdjęcie uważnie, zatrzymując się najdłużej na tych z ojcem.

Pamietała doskonale dzień, w którym zdiagnozowali u niego raka trzustki.

Długo bagatelizował objawy myśląc, ze to zwykła grypa żołądkowa. Do lekarza udał się dopiero pod groźbą szlabanu na mecze piłki nożnej i wychodzenie na siłownie.

– Niech wam będzie, czarownice jedne. – powiedział, unosząc dłonie w geście kapitulacji. – Zaraz się zapiszę.

Wyszedł z pewnym siebie uśmiechem, mówiąc „zobaczycie, nic mi nie będzie". Wrócił nieco zdenerwowany, ale wtedy znów powtórzył to samo. „Jeśli to rak, wtedy dopiero zaczniemy się martwić, dobra?" Mówił. „ale to napewno nie rak, wiec nie będzie trzeba się martwić, mowie wam!".

Oczywiście nie miał racji.

Dzień, w którym dowiedzieli się o tym, był najgorszym dniem w życiu Miriam.

Jej szczęśliwy, pełen miłości i radości świat w jednej chwili legł w gruzach, gdy usłyszała te dwa słowa: rak trzustki.

Rokowania od początku były niskie, leczenie które stosowano na jej tacie jedynie uśmierzało nieco ból i przeciągało jedynie to, co i tak było nieuniknione.

Cieszyła się każda chwila z tata, nawet jeśli to była kłótnia. Przez cały czas myślała, że pozostało im mnóstwo czasu do nacieszenia się. Miala zamiar spędzić z nim najlepsze wakacje życia, nawet jeśli to miałoby znaczyć brak znajomych przez całe dwa miesiące.

A teraz znalazła się w tym momencie, że w każdej chwili była gotowa odebrać telefon z prośbą, o szybkie stawienie się w szpitalu.

Przytuliła do piersi najnowsze zdjęcie, pochodzące ze świątecznego albumu. Ona i jej tata, razem na stoku narciarskim, gotowi do wspólnego zjazdu, oboje z ogromnymi uśmiechami i radością w oczach, które były skryte za ogromnymi goglami narciarskimi.

– Nie zostawiaj mnie. – wyszeptała, nawet nie wiedząc, ile łez toczyło się po jej policzkach. – Błagam, nie zostawiaj....

Dobra tak trochę randomowo, ale czy są tu jakieś apollątka? Bo szukam rodzeństwa :3

Angel And Death Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz