XVII

991 74 43
                                        

Kobieta jakby wyczuła, że Miriam do niej podeszła, gdyż wstała i odwrócila się do niej. Rudowłosej odjęło mowę – postać była przepiękna. Miała opaloną cerę w kolorze mleka z kawą, idealnie proste, ciemne włosy i perfekcyjną figurę, osłoniętą zwiewną białą sukienką.

– Afrodyta. – wyszeptała mimowolnie.

– Zgadza się, drogie dziecko! – kobieta przytuliła Miriam, otaczając ją swoją miłosną aurą. – Dziś kończysz czternaście lat, jestem taka dumna! Ah, opowiadaj, co u ciebie? I co u Fabiana?

Znów usiadły na piasku, idealnie suchym i ciepłym. Rudowłosa, mimo ze powinna mieć za złe, że matka nie zechciała się spotkać z nią wczesniej, czula się szczęśliwa, sama nawet nie była pewna czemu. Po prostu cieszyła się, że bogini olimpijska pamiętała o niej, nawet jesli nie było to aż tak ważne.

– Cieszę się, że przyszłaś. – wydukała nieco onieśmielona. – U mnie jest naprawdę dobrze, u taty z resztą też!

Kłamała. I to bardzo.

– Ah, Fabian. – westchnęła rozmarzona Afrodyta. – Pamiętam nasze pierwsze spotkanie, jakby to było wczoraj.. Poznaliśmy się w kawiarni, był baristą. Od razu wpadł mi w oko! – zachichotała. – Żałuję, że nie mogłam z wami zostać..

Bogini nieco straciła swój zapał. Przez ułamek sekundy wyglądała, jakby naprawdę tęskniła za Fabianem Czajkowskim, lecz zaraz potem znów przybrała na twarz olśniewający uśmiech.

– Nie byłabym sobą, gdybym nie spytała: jak tam sprawy sercowe?

Miriam nieco się zmieszała. Jeszcze niedawno była z (jak sądziła) z miłością swego życia, lecz ten ją zdradził i wyśmiał.

– Był taki jeden. – machnęła lekckceważąco dłonią. – Ale mnie zostawił.

– Rzucę na niego klątwę. – mruknęła jej matka. – Nie znajdzie miłości do końca życia!

– Nie! – pisnęła nastolatka.

– Żartuje przecież. – zaśmiała się bogini. – Nie przejmuj się nim zbyt bardzo. Z resztą twoja bratnia dusza i tak jest o wiele lepsza.

– Moja co?

– Bratnia dusza. – wyjaśniła. – Dusze powstają parami, są sobie przeznaczone. gdy zstępują na ziemię, są rozsyłane do dwóch osób, które prędzej czy później będą razem, nie ważne ile razy się odrodzą.

– Kto jest moją bratnią duszą?

– Nie mogę powiedzieć. – kobieta uśmiechnęła się. – Ale myślę, że za jakiś czas zaczniesz dostrzegać, kto to.

Miriam zamilkła, wpatrując się w morze. Bratnia dusza? Czy to naprawdę ma sens? Kto mógłby być jej bratnia duszą? Leo, który często jej pomaga, gdy nieudolnie próbuje cos zrobić w kuźni? Jakiś chłopak z jej szkoły? A moze jeszcze go nie zna?

Westchnęła, próbując odgonic od siebie myśli. Starczyło jej miłosnych problemów.

– Zapomniałabym! – Afrodyta sięgnęła do kieszeni sukienki, wyjmując niewielkie pudełeczko. – Prezent urodzinowy.

Nastolatka podziękowała i zaintrygowana uchyliła wieczko. W środku ujrzała skromny zegarek ze srebrnymi, połyskującymi w słońcu wskazówkami.

– Przyda ci sie znacznie bardziej niż myślisz. – wyjaśniła. – Bedziesz wiedziała, kiedy z niego skorzystać. Tymczasem ja musze wracać na olimp. Żegnaj kochanie, mam nadzieje, ze spotkamy się niebawem!

Nim Miriam zdążyła zadać jakiekolwiek pytanie, jej matka przytuliła ją na pożegnanie, a następnie rozpłynęla się w różowej mgiełce, pozostawiając po sobie kwiecisty zapach zmieszany z goframi.

Nastolatka przez moment stała skonfundowana, wpatrując się w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą znajdowała się Afrodyta. Analizowała dokładnie każde slowo, które usłyszała – bratnie dusze, zegarek który ma jej się przydać, kawiarnia...?

Co tu się właściwie stało? zapytała samą siebie, kierując się z powrotem do domku Hadesa.

Zapięła zegarek na nadgarstek, po czym wzięła prysznic i znów położyła się obok Nicka, wtulając się w jego plecy.

***

Musiała zregenerować porządnie siły po ciężkiej nocy, więc przespała jeszcze sześć godzin. Gdy się obudziła, nie było koło niej Nicka, a z areny dobiegały do niej odgłosy uderzania o sobie mieczy. Podniosła się do siadu i przeciągnęła leniwie, ziewając.

– No nie mógł mnie obudzić. – mruknęła sama do siebie. – Bo po co.

Cieszyła się, że był weekend i nie miała żadnych zajęć. Leniwe soboty to były ulubione dni Nicka i Miriam – lezeli w łóżku do południa, odsypiając noce pełne koszmarów i męczące dni pełne treningów. Lecz tej soboty było inaczej, czarnowłosy wyparował, nawet nie budząc rudowłosej na śniadanie.

Westchnęła, spowrotem się kładąc. Korzystając z wolnego łóżka rozłożyła się niczym żaba na liściu i przymknęła powieki.

To nie tak, że oczekiwała nie wiadomo jakiej imprezy. Nie była nawet pewna czy Nico pamięta, ze miała dziś urodziny, ale poczuła się zignorowana – jedyne, czego pragnęła to tradycyjnej Leniwej Soboty, ewentualnie jakieś życzenia. Czy to naprawdę tak wiele?

Zrezygnowana wstała i przebrała się w losowy T-Shirt, który okazał się należeć do Nicka, oraz krótkie spodenki.

Dotarło do niej, dlaczego Afrodyta wyglądała dla niej tak, a nie inaczej. Od zawsze pragnęła mieć tak ciepłą karnację i piękne, ciemne włosy, lecz zamiast tego miała błada skórę i rude siano.

Jako córka Afrodyty powinna być piękna, a wygląda jak wygląda. Życie jest nie fair.

Wyszła z domku, zawiązując koszulkę w pasie. Zgarnęła tosty z jadalni, złożyła ofiarę bogom i zaczęła szukać Nicka.

Zdążyła zajść do słownie wszędzie – od areny, przez boisko do siatkówki, po Bunkier, lecz nikt go nie widział, podobnie jak Leona, Percy'ego i Piper. Westchnęła zrezygnowana – jej obozowi przyjaciele zapomnieli o niej w jej własne urodziny.

Ktoś pociągnął ją za serdeczny palec. Zdezorientowana spojrzała w dół i ujrzała małą Rae, obserwującą ją swoimi ogromnymi, ciemnymi oczętami.

– Co tu robisz? – spytała. – I czemu jesteś smutna?

– Nie jestem, coś ty! – rudowłosa kucnęła, by znaleźć się na wysokości małej dziewczynki. – Szukałam tylko Nicka, ale ten chyba wyparował. A ty? Co tu robisz?

– Nudziłam się. – wyjaśniła, wydymając usta. – Boje się podejść do innych dzieci! A co jeśli mnie nie polubią?

W obozie w ostatnim czasie pojawiło się mnóstwo dzieci, przeważnie w wieku od ośmiu do jedenastu lat, co było wyjątkowo dziwne. Odkąd Rae pojawiła się w obozie, dotarło tam około ośmiorga młodzików.

– Daj spokój, młoda. – zaśmiała się, chwytając dziecko za rączkę. – Skąd wiesz? Moze cie pokochają?

Przy Arenie urządzono im plac zabaw godny młodych herosów – mieli tam tor przeszkód, drewniane miecze, a nawet malutkie kukły potworków do pokonania. Żaden maluch się tam nie nudził.

– Dasz radę. – rudowłosa lekko popchnęła Rae w kierunku innych dzieci, po czym sama usiadła na ziemi. – W razie czego będę tu, jakbys potrzebowała czegoś!

Dziecko kiwnęło głową i podeszło powoli do równieśników. Ku jej zaskoczeniu, przyjęli ją z otwartymi ramionami i zaprosili do jakiejś zabawy, która polegała na uciekaniu przed chłopcem trzymającym ogromnego pluszaka–wilkołaka.

Miriam uśmiechnęła się pod nosem, obserwując dzieci. Tęskniła za czasami, gdy martwiła się jedynie tym, że deszcz lał z nieba i nie mogła wyjść z przyjaciółmi na plac, czy tez tym, że w telewizji nie było jej ulubionej bajki.

Nagle poczuła chłodną dłoń na ramieniu. Po jej plecach przebiegł dreszcz, a zaraz potem odwróciła się.

biolchem ssie. nie polecam.

Angel And Death Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz