XX

970 72 33
                                        

Tu, wysoko nad ziemią, Miriam czuła się jakby oderwała się od wszelkich problemów. Nie było złamanego serca, nadchodzących egzaminów, choroby ojca. Była tylko ona, promienie oświetlające jej skórę i cisza, przyjemna i relaksująca.

– Dlaczego mnie tu zabrałeś? – spytała, nie odrywając wzroku od horyzontu.

– Potrzebuję pomocy. – odpowiedział, prawie że szeptem.

Niepewnie oderwała dłonie od krawędzi i odwróciła się jego stronę. Latynos nerwowo bawił się śrubkami wyjętymi z magicznego pasa. Miał lekkie rumieńce, pokrywające policzki i czubki jego szpiczastych uszu.

- O co chodzi?

- O Calipso, moją dziewczynę. - mruknął, nieco się garbiąc.

W kilka sekund z wesołego latynoskiego elfa zamienił się w przybitego nastolatka, który wyglądał jakby dźwigał na swoich barkach ciężar całego świata. Zaczerpnął powietrza w płuca i zaczął mówić to, co mu na sercu leżało.

- Tak już jest od dłuższego czasu. Jakiś miesiąc, może dwa, po tym jak wyrwałem ją z jej wyspy, zaczęła się zachowywać wobec mnie tak... Zimno? Nie chce rozmawiać, gdy chcę ją przytulić to ucieka... Teraz dodatkowo praktycznie jej nie widuję. Wychodzi zanim wstanę, wraca jak śpię. Boję się, że kogoś ma, w końcu kto chciałby być z takim beznadziejnym idiotą jak ja.

Sam był pod swoim wrażeniem. Zawsze swoje wątpliwości, swój ból chował pod maską, a teraz zwierzał się dziewczynie, którą znał niecałe dwa miesiące. Nawet nie wiedział czemu - rudowłosa miała w sobie coś, co pozwalało niemalże natychmiast jej ufać.

- Powinieneś dostać w twarz, wiesz? - oznajmiła Miriam po krótkiej chwili. - Nie jesteś beznadziejny, tylko ona! Co to ma w ogóle być? Powiedz mi tylko która to a ją strzelę, przysięgam.

- Dzięki. - uśmiechnął się pod nosem. - Ostatnio zacząłem mieć koszmary, sam nie wiem czemu. Znaczy normalnie też je mam, ale teraz się wręcz nasiliły. Widzę w nich jakiegoś...

- Trupa? - przerwała mu. - Topielca, idącego wprost na ciebie?

- Skąd wiedziałaś? - zdziwił się.

- Śni mi się dokładnie to samo.

***

Wylądowali po zmroku. Mimo, że sny mocno ich niepokoiły, postanowili nie zgłaszać tego jeszcze Chejronowi, dopóki nie stanie się coś, co może to wyjaśnić.

Latynos odprowadził ją do domku, żegnając przytulasem. W głowie Miriam panował istny harmider, przez wszystkie informacje które dziś przyswoiła - przeszłość Nicka, problemy Leona i te okropne sny. Do tego wciąż nie wiedziała, co ich zaatakowało wtedy w lesie, gdy uratowali Rue, nawet nie wiedziała czy jej przyjaciel zgłosił do centaurowi.

Weszła do środka i zastała ogromny bałagan, a wśród niego Nico, który czegoś zawzięcie szukał.

- Co tu się stało? - gdy tylko ją usłyszał, błyskawicznie wstał i odwrócił się do niej tyłem, jednocześnie chowając coś za swoimi plecami.

- Nic? - nie zabrzmiało to szczególnie przekonująco, więc uniosła brew. - Leo miał cię odstawić później, okej? Chciałem ci coś dać...

Podszedł do niej, potykając się przypadkowo o jej torbę sportową. Zza pleców wyciągnął małą paczuszkę, niezgrabnie zapakowaną w błyszczący papier.

- Najlepszego, Miriam. - mruknął.

Wypakowała ostrożnie zawartość opakowania i zaniemówiła - z niewielkiego pudełeczka, wprost na jej dłoń wypadł przepiękny naszyjnik, na którym wisiał granatowy kamień w kształcie stalaktytu.

- Jest... Jest piękny. - wyszeptała, zawieszając go na szyi. - Dziękuję!

Z całej siły go przytuliła, prawie przewracając ich oboje. Zaśmiał się cicho, przytulając ją jeszcze mocniej, niemal zgniatając jej żebra.

- No już, już. - pogładził ją lekko po głowie. - Musimy się spakować, powiedziałem Chejronowi, że jutro z rana wracamy do domu.

- Ty też wracasz? - zapytała zaskoczona. - Nie chcesz zostać w obozie?

- Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz. - prychnął, puszczając ją ze swoich objęć. - Pakuj się, raz raz!

Przewróciła oczami i ogarnęła wzrokiem pokój, by zidentyfikować które rzeczy należały do niej. Wbrew jej oczekiwaniom, było ich naprawdę wiele. Westchnęła jedynie, wrzucając do swojej torby ubrania, nawet ich nie składając.

Nim się obejrzeli, była północ. Oboje byli wyczerpani, ale zadowoleni - pokój lśnił czystością, ich rzeczy cudem zmieściły się w ich bagażu. Niestety, wśród rzeczy Miriam znalazła się bluza Willa. Gdy wpadła w dłonie dziewczyny, jej zapał nieco się ostudził - miała przed oczami chwilę, gdy wieczorem na plaży było na tyle chłodno, że delikatnie dygotała. Wtedy blondyn dał ją tą nieszczęsną bluzę, tuląc ją do swojej klatki piersiowej.

Jej oczy zaszyły się łzami, nawet jeśli tego nie chciała. Była twarda. Zbyt twarda na rozczulanie się nad jakąś bluzą.

- Wszystko w porządku? - zapytał Nico

- Co? A, tak. - wrzuciła pospiesznie ubranie do torby

Znała go krótko, a kochała tak mocno, że aż bolało.

Późną nocą, koło pierwszej, wciąż nie spała, podczas gdy leżący obok niej Nico już smacznie chrapał, wtulony w jej ramię.

Nie mogła zasnąć. Nie była pewna czemu - czy to przez tak wiele myśli, krążących w jej głowie, czy przez strach przed ponownym spotkaniem z topielcem.

Spojrzała na swojego przyjaciela. Jego dłoń znajdowała się na jej talii, kąciki ust unosiły się przez sen. Im dłużej się mu przypatrywała, tym mocniej jej serce biło, sama nie wiedziała czemu.

Zaczęła przypominać sobie każdy szczegół jego opowieści - utrata matki, później siostry, zakochanie w Percy'm...

Zrozumiała, czemu tak łatwo mu przechodziło przytulanie się do niej, spanie w jednym łóżku, otwieranie się przed nią.

Czy Nico był gejem?

teraz rozdziały będą częściej, bo zaczyna się karuzela spierdolenia :3

Angel And Death Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz