Wciąż z bandamą na oczach Miriam szła przez las. Zdążyła się potknąć z trzy razy, ale za pomocą Nicka cudem uniknęła spotkania trzeciego stopnia z ziemią.
- Co ty wykombinowałeś? - zapytała nieco zirytowana, gdy po raz czwarty potknęła się o korzeń.
- Zobaczysz. - odpowiedział tajemniczo.
Ciepło promieni słonecznych przestało ogrzewać jej skore, a jej nos zaatakował zapach starego smaru i lekkiej stęchlizny. Zdezorientowana chciała zdjąć bandamę, lecz ręce Nicka skutecznie jej to uniemożliwiły.
- Czekaj chwilę. - szepnął, a zaraz potem ją puścił.
Westchnęła lekko, nie wiedząc co ze sobą zrobić, zaczęła kiwać się delikatnie na boczki. Słyszała jakieś szmery, gorączkowe szepty. Zaraz potem bandama zniknęła z jej pola widzenia. Zamiast niej ujrzała Percy'ego, Piper, Kaylę, Leona i Nicka, który trzymał niewielki tort czekoladowy z czternastoma świeczkami.
Zakryła usta w szoku. Czyli jednak jej przyjaciele o niej pamiętali...
Łzy stłoczyły się w kącikach jej oczu. Serce waliło jej dzwonem, gdy zaczęli śpiewać jej sto lat. Było jej wstyd, że w nich zwątpiła. Mogła się przecież domyśleć, co kombinują.
Gdy skończyli, łzy toczyły się po jej policzkach bez opanowania. Zdmuchnęła wszystkie świeczki, w myślach wypowiadając życzenie.
- Dziękuje wam wszystkim - powiedziała, ocierając łzy. - Nikt nigdy nie zrobił czegoś takiego dla mnie, nawet nie wiecie ile to a mnie znaczy..
- W takim razie co roku będziesz mieć takie imprezy niespodzianki! - wykrzyknął Leo.
- Teraz to już nie będą niespodzianki. - zauważył Nico. - W każdym razie, Miriam, wszystkiego najlepszego.
Nie mogąc się powstrzymać, dziewczyna rozłożyła ręce, zapraszając wszystkich do grupowego uścisku. Gdy pięć par ramion otuliła ją, poczuła ciepło, nie tylko to fizyczne, ale i psychiczne. Czuła, jakby znalazła dawno zaginiony dom i rodzinę, która czekała na nią z utęsknieniem.
- Nie maż się już. - powiedział Percy. - Urodziny są powodem do radości, nie płaczu!
Chwile później razem jedli tort w kącie Bunkru. Leo wybudował tam bazę z koców i poduszek, oświetloną małymi lampkami.
- Starałem się, nie śmiej się ze mnie! - prychnął latynos, widząc jak Miriam stara sie powstrzymać uśmiech.
- Jest pięknie. - orzekła, siadając pod ściana. - Powinieneś zostać dekoratorem wnętrz.
Nawet nie wiedzieli, ile tam spędzili czasu. Żadne z nich nie chciało wychodzić z Bunkra, było tam zbyt przytulnie.
Zdawało się, że minęła godzina, góra dwie, lecz okazało się ze był już zachód słońca. Gdy tylko Leo to zauważył, zerwał się z miejsca i gdzieś wybiegł.
- A temu co? - spytała zaskoczona rudowłosa.
- Nie wiem właśnie. - odrzekł Nico, pijąc herbatkę.
Po chwili latynos wrócił, nieco zziajany. Wyciągnął w stronę Miriam dłoń, kłaniając się nonszalancko.
- Panienka pozwoli.
Rudowłosa słyszała co nieco o gorących zdolnościach chłopaka, więc niepewnie spojrzała na jego dłoń. Koniec końców ją ujęła, modląc się w duchu by jej przypadkiem nie podpalił.
Leo szarpnął nią, zmuszając do biegu za nim. O mało co się nie potknęła o koce, ale starała się dotrzymać mu tempa, co nie było w zasadzie trudne - dziewczyna była wyższa od niego o jakieś osiem centymetrów.
Wybiegli z bunkra i dotarli na jakąś polanę. Na niej stał niewielki rydwan zaprzężony w piękne, mechaniczne pegazy.
- Oh. - wyrwało jej się.
Podeszła do nich nieśmiało, puszczając dłoń Leona. Zwierzęto-maszyny onieśmielały ją swoim rozmiarem, lecz mimo wszystko przyjrzała się im z bliska. Para co i rusz buchała z ich nosów, a z pysków wyciekała odrobina oleju.
- Jakim cudem? - wyjąkała.
- Jestem synem Hefajstosa. - wyszczerzył się Leo. - Budowanie takich rzeczy mam w genach. Tymczasem wskakuj!
Podniosła głowę. Leo stał w rydwanie, pewny siebie. W dłoniach trzymał konsolkę, prawdopodobnie do kierowania końmi. Dziewczyna niepewnie wsiadła, zamykając za sobą male drzwiczki bezpieczeństwa.
- Lepiej się czegoś chwyć. - polecił latynos, po czym skupił się na guzikach konsolki.
Coś zaklekotało, coś warknęło. Z nozdrzy wydostawały się kłęby pary, a rydwan ruszył, szarpiąc Miriam do tyłu. Konie pędziły coraz szybciej i szybciej, aż w końcu wzbiły się w powietrze, wyduszając z rudowłosej głuchy okrzyk przerażenia.
Zacisnęła kurczowo palce na balustradzie, nie mogąc otworzyć oczu. Chłodny wiatr wbijał się w jej skore niczym szpilki, jej kości znieruchomiały. Dygotała na całym ciele, zarówno z zimna jak i ze strachu.
- Spokojnie! - Leo usiłował przekrzyczeć wiatr. - Testowałem już je, nic się nie stanie!
Nieco obniżył lot, a Miriam zabrakło oddechu ze strachu. W dalszym ciągu stała nieruchomo, bojąc się nawet oddychać.
- Otwórz oczy. - powiedział, tym razem spokojnie. - Zobaczysz, warto.
Wiatr osłabł, a ciepłe promienie znów zaatakowały jej twarz i ramiona. Nie puszczając balustrad uchyliła powieki, wstrzymując oddech, lecz tym razem z zachwytu
Miała widok na cały Obóz Herosów, część lasu oraz morze, lecz nie to przykuło jej uwagę. Najbardziej zachwyciło ją niebo, które przybrało piękny, różowo-pomarańczowy kolor. Nie było na nim ani jednej chmurki, a dodatkowo promienie odbijające się w morzu sprawiały, że Miriam zakochała się w tym widoku bez pamięci.
Westchnęła cichutko, odwracając się do Leona. Stał, luźno oparty o barierkę, jakby nie przejmował się, że zaraz wypadnie. Posłał jej wesoły uśmieszek, a jeden z zakręconych kosmykow jego włosów się zapalił.
- Dziękuje, Leo. - odwzajemniła jego uśmiech. - Bardzo, bardzo dziękuje.
dwa rozdziały w miesiącu, rozpieszczam was.
btw pisałam ten rozdział o czwartej w nocy, wiec jak zauwazycie jakieś błędy to błagam piszcie.
A baby Yoda w mediach kojarzy mi się z Nico.
CZYTASZ
Angel And Death
FanfictionGdy do szkoły Miriam dołącza Nico, dziewczyna stawia sobie za cel uszczęśliwienie go. Czy Anioł będzie w stanie sprawić, by Śmierć przestała być taka straszna?
