Nowy boss

13.7K 294 24
                                        


Pov Isaac

Szliśmy w ciszy, tylko liście pod butami szeleściły cicho przy każdym kroku. Nie patrzyła na mnie ani razu, trzymała wzrok wbity w ziemię, jakby liczyła kamienie na chodniku. Zaciśnięte usta, ramiona lekko drżały – próbowała udawać, że wszystko jest w porządku, ale znałem ten wyraz twarzy. Znałem go aż za dobrze. To nie był strach przed bólem. To był strach przed konsekwencjami.

Zatrzymałem się, a ona zrobiła jeszcze dwa kroki, zanim zauważyła, że nie idę dalej. Odwróciła się niepewnie.

– Nie wiem, czemu nie chcesz mi powiedzieć, kto ci to zrobił – odezwałem się w końcu, powoli, starając się brzmieć spokojnie. – Noemi... przecież nie jestem twoim wrogiem.

Nic. Ani słowa. Patrzyła gdzieś obok mnie, jakby moja obecność zaczęła ją parzyć. Podszedłem o krok bliżej, nie za blisko, żeby jej nie spłoszyć, ale wystarczająco, by nie mogła udawać, że mnie nie słyszy.

– Wolisz porozmawiać tutaj ze mną... czy w domu z Liamem? – zapytałem ostrzej, chcąc ją sprowokować do reakcji.

Wciągnęła gwałtownie powietrze, jakby ktoś właśnie uderzył ją w brzuch. Spojrzała na mnie, tym razem prosto w oczy. Była w nich panika.

– Nie mów mu, proszę – powiedziała niemal szeptem, głosem drżącym. – Będzie się zamartwiał. Zrobi z tego aferę... a to nie ma sensu.

– To może lepiej zacznij mówić – uniosłem brwi. – Kto ci to zrobił?

Widziałem, jak walczy sama ze sobą. Jak zaciska dłonie w pięści, jak jej ramiona drżą coraz mocniej. Ale nadal milczy.

– Noemi – powiedziałem ostrzej. – To nie jest zabawa. Albo mówisz teraz, albo wracamy i rozmawiamy z Liamem. Twoja decyzja.

Zacisnęła usta. Spuściła wzrok. I wtedy w końcu szepnęła:

– No dobra... To Harper.

Zacisnąłem zęby. Wiedziałem. Czułem to od początku, ale i tak krew zaczęła mi wrzeć. Nie potrafiłem zrozumieć, jak ktoś może być aż tak podły.

– Czemu to zrobiła?

– Chodziło o ciebie – odpowiedziała, jakby te słowa ją parzyły. – Powiedziała, że mam się do ciebie nie zbliżać. Że następnym razem na tym się nie skończy... że...

Urwała. Nie musiała kończyć. Wystarczyło mi spojrzeć na jej rękę – zaczerwienioną, obolałą – i widziałem wszystko.

– Nie przejmuj się – powiedziałem chłodno. – Załatwię to.

– Nie chcę, żebyś coś z tym robił – rzuciła od razu. – Zostaw to. Naprawdę. Nic się nie stało.

– Ona nie ma prawa cię tknąć – przerwałem jej ostro. – Pokaż jeszcze raz tę rękę – wyciągnąłem dłoń w jej stronę.

– Nie – odsunęła się odruchowo.

– Pokaż... albo sam sprawdzę – powiedziałem bez cienia żartu.

W końcu, z wahaniem, powoli, wyciągnęła rękę. Delikatnie podwinęła rękaw.

Na jej skórze widniały czerwone ślady paznokci – głębokie, świeże, aż mnie w środku ścisnęło. Jakby ktoś ją potraktował jak śmiecia.

– Trzeba będzie to w domu opatrzyć – powiedziałem przez zaciśnięte zęby, powstrzymując się, żeby nie rzucić jakimś przekleństwem.

Odwróciła się bez słowa i ruszyła szybkim krokiem w stronę auta. Nie zatrzymałem jej. Nie teraz. Wiedziałem, że nie chciała współczucia.

Angel in a devil's bodyOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz