Noah
Siedziałem na fotelu obok łóżka. Obserwowałem Laylę, która smacznie spała od kilku godzin, nieświadoma, że się w nią po prostu wpatrywałem. Poprawiłem się, krzywiąc lekko twarz, bo dziura w moim brzuchu nadal dawała po sobie znać.
Obracałem w dłoni nóż, którym mnie dźgnęła. Był długi, czarny, ale cienki. Na jego ostrzu nadal znajdowało się zaschnięta krew, a na gripie widniał złoty wąż, który wił się wokół niego.
Byłem pewien, że to znak jakiejś grupy, mafii, rodu... Nigdy w życiu go nie widziałem, ale wyglądał niebezpiecznie.
Ta kobieta po coś przyszła. Po coś, albo po kogoś. Raniła tylko mnie, na Mishę tylko się gapiła.
Dlaczego?
Westchnąłem, odpędzając od siebie setki pytań, które zalewały moją głowę. Podniosłem się powoli z fotela i ruszyłem na dół. Tej nocy nie mogłem zmrużyć oka, nie wiedziałem, czemu.
Cisza w domu mnie przygniatała. Mama zabrała Ziggy, co sprawiło, że nikt się już w nim nie bawił. Nie podchodziła do mnie, nie rzucała mi zabawek pod nogi, nie szczekała w środku nocy.
Była tylko cisza.
Otworzyłem lodówkę i wyjąłem z niej napój, w którym miałem rozpuszczone tabletki przeciwbólowe. Wypiłem kilka łyków, by ból w ranie mi już nie doskwierał.
Stanąłem przed oknem i zacząłem wpatrywać się w las, który się przede mną rozciągał. Uwielbiałem na niego patrzeć, ale tylko wtedy, kiedy nikt mnie nie widział. Odczuwałem spokój i w ten sposób moje myśli cichły. A tego właśnie teraz potrzebowałem.
Spokoju.
Nagle zaczął dzwonić mój telefon, bo poczułem wibracje w kieszeni. Wyciągnąłem go i spojrzałem na wyświetlacz.
Vulcan.
Odebrałem, przykładając komórkę do ucha.
– Co?
– Wiem, gdzie jest. – oznajmił, a zimne dreszcze polizały mój kręgosłup.
– Kto? – dopytałem.
– Valachi. – odpowiedział bez wahania. – Przyjedź do domu. Ustalimy, kto jedzie.
Rozłączył się, a ja schowałem telefon z powrotem do spodni. Odetchnąłem i jeszcze raz spojrzałem na drzewa w blasku księżyca.
W końcu go znalazł. Szukaliśmy go tyle czasu, że zacząłem wątpić już w to, czy on w ogóle jeszcze żył.
Ale żył.
Valachi'ego złapaliśmy.
Teraz została tylko ona.
Kobieta, która mnie dźgnęła i zabiła pięciu naszych ludzi.
Po niej nie było za to żadnego śladu. Zbadaliśmy odciski palców z rękojeści noża, ale jej DNA nie istniało. Nie pasowało do żadnego człowieka. Jak gdyby... Nie istniała.
Nie mieliśmy pojęcia, od czego ruszyć, by w ogóle wpaść na jakiś trop.
Byliśmy bezradni.
I wkurwiało mnie to bardziej niż cokolwiek innego.
Założyłem na siebie bluzę i wsadziłem do jej kieszeni kluczyki od Lamborghini. Wyjąłem kartkę z szuflady i markerem napisałem Layli wiadomość, gdyby się obudziła, a ja nie byłbym obecny. Nie chciałem, by się martwiła.
Wystarczająco najadła się strachu, kiedy byłem w szpitalu.
Wyszedłem z domu po cichu, nie wydając żadnego odgłosu. Problem był jedynie w odpaleniu samochodu. Był, kurwa, za głośny.
CZYTASZ
Lie To Me
Lãng mạn„Wchodziła w jego życie jak burza. A on... po czasie nauczył się tańczyć w deszczu." Layla Lee całe życie spędziła za murami ochrony - z dala od brutalnego świata mafii, który oddycha przemocą, tajemnicami i zdradą. Ale ten świat nie zapomina. I nie...
