Przez trzy dni,tak jak chciał mój ortopeda nie wychodziłem z łóżka.Było bardzo ciężko,nie widząc się z Amy.Nagrodą było zdjęcie kołnierza z mojej szyi.Byłem w siódmym niebie,kiedy odwiedził mnie Mark.
-Cześć stary.-powiedział kumpel i uścisnął mi dłoń.
-Cieszę się,że cię widzę.Co tam u ciebie?-spytałem.
-Nudno jest bez ciebie na kampusie.Ale mamy dla ciebie niespodziankę.
-Mamy?Ty i kto?-zapytałem zdziwiony.W tym momencie do sali wszedł Adam.
-I ja.Mam nadzieję,że ci się spodoba.-powiedział lekarz i wyciągnął z za pleców kule.
-Dzięki!Nareszcie będę mógł się stąd wyrwać i odwiedzać Amy.-powiedziałem uradowany.
-Uszkodzony krąg już się zrósł,żebra się prawie zagoiły a noga jest już mocniejsza.Dalej jeszcze musisz nosić bandaż na klatce i piersiowej.-wytłumaczył Adam.Postanowiłem wypróbować mój prezent.Kiedy udało mi się wstać zrobiłem, jeden krok.Zachwiałem się,ale nie upadłem.
-Uważaj na siebie.-powiedział ortopeda podtrzymując mnie.Po paru minutach byłem zmęczony,lecz sprawnie radziłem sobie z kulami.Mark i Adam wyszli.Postanowiłem pozwiedzać sobie trochę szpital.Wyszedłem z sali i pokuśtykałem w stronę bufetu.Przez ostatni tydzień brakowało mi trochę cukru w postaci słodyczy.Byłem prawie na miejscu,kiedy zatrzymały mnie dwie znajome twarze.Byli to rodzice mojej dziewczyny.
-Witaj chłopcze.-powiedział sztywno tata Amy.
-Chyba Pan mnie z kimś pomylił.-już chciałem iść,kiedy zatrzymał mnie kobiecy głos.
-Jack.Porozmawiajmy proszę.Nam też jest ciężko.Wiem że zależy ci na Amy ale...-urwała.
-...ale nie wiem jak mogłeś całować się z nią i na dodatek byłeś przeziębiony!!!-dokończył mężczyzna.Zacząłem się śmiać.
-To cię bawi?!-spytał pan Taylor.
-Przepraszam bardzo,ale tej nocy blefowałem.To prawda ,całowałem ją ,ale byłem w stu procentach zdrowy.Powiedziałem tak tylko dr Brown'owi.Nie przepada za mną.Po mimo tego chyba słyszeli państwo,że pielęgniarki nie było wtedy na dyżurze w nocy.-wytłumaczyłem.Małżeństwo stało przez dłuższą chwilę w milczeniu.
-Przepraszam,że tak na ciebie naskoczyłem.Wieżę ci i wiem jak bardzo kochasz naszą córkę.-powiedział pan Taylor.
-Nic się nie stało.Miał pan prawo to źle odebrać.-odpowiedziałem.Kobieta złapała mnie za rękę.
-Jack,cieszę się,że Amy ma kogoś takiego jak ty.To dzięki tobie jeszcze żyje.-powiedziała.Po jej policzku spłynęły łzy.
-Wszystko będzie dobrze.-powiedziałem i przytuliłem ją.
-Przepraszam,ale muszę już iść.-powiedziałem i pożegnałem się.
-Do widzenia Jack.Mam u ciebie dług.-powiedział mężczyzna.Uśmiechnąłem się i wróciłem do swojej sali.Omówiłem się z moimi rodzicami.Dziś są u rodziny Amy. 18 października zawsze był wyjątkowym dniem.Nie mogłem opuścić szpitala,więc poprosiłem mamę i tatę,żeby kupili kilka rzeczy.
-Cześć synku.Wszystko załatwiliśmy jak chciałeś.-powiedziała mama.
-Dziękuję wam.Bez was bym sobie nie poradził.
-Widzę,że ty już na nogach.-zauważył tata.
-Tak.Jestem już prawie całkiem zdrowy.Pod koniec tygodnia mają mnie wypisać.-powiedziałem.
-To świetnie.Jak wejdziesz do Amy?Po ostatnim zajściu na OIOM-ie nie wiem,czy cię wpuszczą.-stwierdziła mama.
-Spokojnie.Adam załatwił mi od ordynatora świstek,że mogę się widywać z Amy codziennie po 20 minut.Nie dłużej.-powiedziałem.
-Naprawdę?Cudownie.Musimy już iść.Zobaczymy się wieczorem.-powiedział tata.
-Do zobaczenia.-odpowiedziałem.Około godziny 19:00,zabrałem prezenty i udałem się do sali Amy.Zajęło mi to trochę dłużej niż ostatnio ponieważ o kulach trudniej się chodzi na niż na wózku.Gdy byłem na miejscu,zobaczyłem Marka,rodziców i pielęgniarkę stojących przy dziewczynie.
-Zostawmy ich samych.-powiedział mój kumpel.Wszyscy opuścili salę.Podszedłem do łóżka i złożyłem na ustach dziewczyny długi pocałunek.Kwiaty położyłem na szafce nocnej.Nagle zauważyłem coś,co wzruszyło mnie.Amy na szyi miała ten sam naszyjnik,który dostała ode mnie w dniu wypadku.Nie wiedziałem skąd się tam wziął.
-Mam coś dla ciebie kochanie.Powinno ci się spodobać.Wszystkiego najlepszego.-powiedziałem i wsunąłem na chudy palec dziewczyny pierścionek.
-Podoba ci się?Sam wybierałem.Wiem,że gdybyś była przytomna,powiedziałabyś ''tak''. Mimo to,chce ci się oświadczyć.-powiedziałem i przytuliłem się do Amy.
-Nie musisz teraz odpowiadać.Masz rację,mamy jeszcze dużo czasu.Zastanów się jeszcze.-powiedziałem i położyłem głowę na jej szyi.Szeptałem do jej ucha kojące słowa i głaskałem ją po włosach.Nagle usłyszałem okropne wycie.Rozejrzałem,aby zobaczyć skąd dochodzi hałas.Mój wzrok zatrzymał się na jednej z maszyn pokazującej bicie serca.Widniała tam niekończąca się długa kreska.Serce stanęło.
-POMOCY!!!-zacząłem się drzeć.Pięlegniarka szybko przybiegła w towarzystwie lekarza.Zalałem się łzami.Nie wiedziałem co mam robić.
-Proszę wyjść.-powiedziała kobieta.
-Nie mogę!!!To moja dziewczyna!-wykrzyczałem.Jednak po chwili opuściłem salę.Nie miałem siły patrzeć jak ciało Amy podrywa się do góry w wyniku defibrylacji.Po jakiejś pół godzinie lekarz wyszedł i zaczął rozmawiać z Mark'iem a nie ze mną.
-Niestety serce dziewczyny się zatrzymało....-zaczął lekarz.Nie miałem ochoty słuchać najgorszego.Bez Amy ja nie istnieję.Muszę uciec,gdzieś gdzie mnie nikt nie znajdzie.Ile miałem tylko sił w rękach udałem się do toalety.Walnąłem kulami o podłogę.Złapałem się zlewu.Spojrzałem w swoje odbicie w lustrze.
-To twoja wina Jack.Przez ciebie ona umarła.Musisz ponieść konsekwencje.-powiedziałem do siebie cały zapłakany.Jedną z kul rozbiłem lustro,tak że rozsypało się w drobny mak.Jeden z kawałków wbił mi się prosto w czoło.Nie szkodzi.Wziąłem do ręki ostry odłamek.Drżącą dłonią przejechałem szkłem w miejscu żył nad nadgarstkiem.Poczułem ulgę.Ale czy to mnie zabije?Na wszelki wypadek powtórzyłem to z drugą ręką i brzuchem.Czułem jak ciepła ciecz spływa po moim ciele.Byłem zadowolony.
-Love you goodbye.-powiedziałem.Uśmiechnąłem się do siebie i upadłem na podłogę.
CZYTASZ
Love You Goodbye
De TodoHistoria dwóch kochających się osób. Jedno nieporozumienie może zniszczyć ich związek na zawsze. Musi jednak stać się coś strasznego,aby oboje zrozumieli że razem tworzą jedność i są sobie potrzebni.
