Śpiesząc się, Cole niemal wywrócił się w drzwiach kwiaciarni. W ostatniej chwili złapał się framugi, unikając bolesnego upadku i zapewne stłuczonych pośladków.
Na co dzień nie był tak niezdarny, ale gdy w grę wchodził pośpiech – to już inna sprawa. I tak już był porządnie spóźniony, a jego wujek był nieźle wyczulony na tym punkcie. Nieważne, że szatyn jedynie pomagał w prowadzeniu biznesu. Mężczyzna i tak traktował go na równi ze zwykłym pracownikiem.
– Czyżby nasz książę postanowił się pojawić? – po pomieszczeniu rozniósł się gruby głos starszego mężczyzny.
– Przepraszam – chłopak uśmiechnął się przepraszająco i podszedł do lady.
Jonatan spojrzał na niego rozbawiony i pokręcił głową. To prawda, był surowy, ale nie zamierzał karać chłopaka za spóźnienie. Teoretycznie tylko mu pomagał i nie miał obowiązku przychodzić na czas, ale to nie zmieniało faktu, że odrobina dyscypliny jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
– No już nie przepraszaj, tylko chodź mi pomóc. Przywieźli nową dostawę kwiatów – wskazał na róg małego pomieszczenia.
Cole zerknął w tamtą stronę i westchnął cicho. Przy głównej ścianie, na której znajdowały się zdjęcia przedstawiające różne kompozycje z kwiatów, znajdował się ogrom nowych folii z kwiatami. Czekało go trochę pracy.
Pomoc tutaj nie była szczytem jego marzeń. Uważał, że jest to bardziej zajęcie dla kobiet, a nie dla młodego faceta. Jednak o wymigiwaniu się nie było mowy i dobrze zdawał sobie z tego sprawę. Tak więc z pokorą musiał pogodzić się ze swoimi obowiązkami.
– Już tak nie narzekaj – zaśmiał się siwiejący już mężczyzna.
– A czy ja coś mówię? – wzruszył ramionami z niewinnym uśmiechem.
Zdjął bluzę i ruszył na zaplecze, by ją tam zostawić. Przy okazji chwycił nożyczki i paczkę celofanu potrzebnego do kwiatów. Gdy wrócił, jego wujek siedział przy blacie i zliczał wszystkie koszty i przychody swojego przedsięwzięcia.
Od wielu lat wkładał w ten interes wiele wysiłku, ale opłacało się. Ludzie chętnie do niego przychodzili zważając na to, że było to jedyne takie miejsce w Leastwood, a dodatkowo mężczyzna cieszył się ogromną sympatią wśród ludzi. Taki typowy puszysty wujek z miasteczka. Chociaż „puszysty" mogło być zbyt mocnym określeniem. Jonatan charakteryzował się raczej przysadzistą budową i trochę zbyt zapuszczonym brzuchem. Swoją budowę w dużej mierze mógł zawdzięczyć życiu kawalerskiemu i śmieciowemu jedzeniu, które zazwyczaj spożywał.
Jednak Cole uważał go za dobrego faceta, którego szanował. W pewnym stopniu zastępował mu ojca.
Chłopak usiadł na małym taborecie i zabrał się za odpakowywanie kwiatów. Robił to z uwagą i niemałą delikatnością, którą nabył w trakcie pomocy tutaj. Przy takim zajęciu te umiejętności należały do niezbędnych.
– To powiesz mi co sprawiło, że się spóźniłeś? – mężczyzna spojrzał na niego znad sterty papierów.
– Trochę dłużej zeszło mi na bieganiu, a potem jakoś straciłem poczucie czasu – odparł nonszalancko. – Właśnie, dobrze znasz tą naszą sąsiadkę? Phoebe? – dodał z ciekawością.
Jonatan spojrzał na niego ze zmarszczonymi brwiami i dziwnym wyrazem twarzy, którego chłopak nie był w stanie rozszyfrować. Odchrząknął i oblizał wargę.
– Tak. Zważając na to, że mieszka tam od urodzenia, całe dziewiętnaście lat. Dodatkowo kiedyś przychodziła mi pomagać – powiedział z lekką chrypką, a następnie podrapał się z zamyśleniem po swoim lekkim zaroście.
CZYTASZ
Pułapka wspomnień
Gizem / GerilimMoment, w którym otwierasz oczy i nic nie pamiętasz jest naprawdę przerażający. To tak, jakby ktoś zabrał ci najcenniejszy dar, kawałek duszy. Jednak co jeśli to szansa dla ciebie? Szansa by odciąć się od tragicznej przeszłości. Cóż, nazywam się Pho...
