- W ogóle, jak tam w szkole? Miałam zapytać was wcześniej, ale ciągle mi to gdzieś umykało - Pete po przebudzeniu usłyszał z oddali głos kobiety.
Znajdował się w zupełnie innym miejscu, leżał pod świeżo malowanym budynkiem, nieopodal którego zasiano trawę i posadzono parę drzew. Słońce zachodziło, powodując, że chmury wydawały się różowe i wyglądały niczym wata cukrowa. Wiał lekki, ale zimny wiatr, przez co chłopak marzł, mając na sobie lekką koszulkę z krótkim rękawem. Niepewnie podniósł się do siadu.
- W porządku. Nie zaczęliśmy się jeszcze czegokolwiek uczyć, przez te parę dni były jeszcze sprawy formalne, między innymi przydzielali nas do klas - czarnowłosy słyszał głosy co raz bliżej, przez co zaczął panikować. Wiedział, że to już na pewno nie dzieje się w jego głowie. Nie miał pojęcia, jak się tu znalazł i okropnie się bał. Nagle, zza rogu wyszła trójka ludzi, prawie potykając się o nogi Petera.
- Przepraszam! - powiedział najniższy, który prawie nastąpił na but chłopaka.
Czarnowłosy kojarzył skądś ten głos. Odwrócił się w jego stronę, napotykając złote oczy wpatrujące się w niego.
- Pete? - zapytał zszokowany złotooki.
- Yhmm, tak, to ja, cześć Frank.
- Co ty tu robisz? - nadal wyglądał na bardzo zdziwionego, ale też podekscytowanego.
- Frank, znasz go? - odezwała się kobieta, która stała obok razem z dosyć wysokim blondynem.
- Jestem Peter, pomocnik Lindsey - odparł, by złotooki nie musiał odpowiadać za niego. - I jeśli mam być szczery... - chciał mówić, że znalazł się tu jakąś magiczną siłą, że sam nie wiedział co się stało, ale w jego umyśle znów pojawiły się okropne głosy. - Uciekłem, chcę wam przekazać, że wszystko jest dobrze, że Gerard niedługo wróci.
- Nie mógł uciec z tobą? - Frank zadał kolejne pytanie.
- Niestety, nie było to możliwe do zrealizowania - Pete znów nie wiedział co mówi, głosy wszystko zagłuszały.
- Uhm, w porządku, chcesz się u nas zatrzymać? - po tym pytaniu, głosy ucichły, a niby-uciekinier odetchnął z ulgą i ucieszył się z zadanego zapytania.
- Jeśli to nie problem...
- Oczywiście, że nie - Donna uśmiechnęła się do chłopaka. - Opowiesz nam, jak jest i co z Gee?
- Tak, co prawda, rzadko bywałem w tym domu, bo zazwyczaj podróżowałem z Lindsey, ale wiem o niektórych istotnych rzeczach.
- W takim razie, chodź z nami.
•••
Czarnowłosy ruszył za rodziną Gerarda i Frankiem. Mikey i Donna przedstawili mu się, jeszcze zanim weszli do bloku. Po niecałej minucie znaleźli się na najwyższym piętrze i przekroczyli próg mieszkania. Pete przyjrzał się pomieszczeniu z zaciekawieniem, gdyż nie wiedział jak wyglądają normalne pokoje, nie takie jak w domu Lindsey. Jedna z tajemnic, jakiej nigdy nikomu nie zdradził, była taka, że od zawsze z nią mieszkał. Kiedy jego matka była w ciąży, poznała ojca Lindsey i zakochali się. Pete nigdy nie poznał swojego taty. Urodził się w ogromnym domu i nie za często przekraczał jego progi. Od swoich dziecięcych lat, czuł i wiedział, że w przyszłości szykuje się coś złego, coś czego nie może powstrzymać. Na własnych oczach widział, jak Lindsey zabiła swojego ojca i przyszywaną matkę w wyniku furii. Jak śmiała się, robiąc to, kalecząc ich ciała nożem. Stał przerażony, przyglądając się temu w strachu i ogromnym niepokoju. Widział, jak jego mama leży martwa we własnej krwi, a Lynz cieszy się z tego, jakby było to jej największe osiągnięcie.
CZYTASZ
Wouldn't It Be Great If We Were Dead? | Frerard (Zakończone)
FanfictionRok 2234. Ludzie nie chcą żyć. Nie pomagają innym, nic ich nie obchodzi, nie wywiązują się ze swoich obowiązków, powoli czekają na śmierć lub na odwagę, by samemu odebrać sobie życie. Nie ma miłości, przyjaźni, śmiechu, nikt nie ma hobby ani jakich...
