Słońce wdziera się na patio, a ja zbieram jego promienie przez szybę. Otulam ciepłem swoje niewyspane ciało i myślę o tym, jak mocno chciałabym zobaczyć jego uśmiech. Taki szczery, radosny, pełen ulgi, że nastał nowy poranek. Wybiła piąta rano i wychodzę na zewnątrz. Rosa ożywia moje bose stopy, krzewy różane kołyszą się w cieniu, błyszczą od nadmiaru rosy. Odwracam się, a on tam już jest.
Stoi oparty o szklane drzwi na patio. Na początku się nie uśmiecha, ale powaga szybko znika z jego twarzy. Może jestem naiwna, ale poranek może przynieść naprawdę wiele nadziei. Nawet jeśli wczoraj wydawało mi się, że to wszystko umarło. Josh uśmiecha się lekko i podchodzi do płotu. Opiera ciężar ciała na łokciach i wpatruje się z tym nieśmiałym, zachęcającym uśmiechem. To taka gra i nie podejrzewałabym, że jest w tym taki dobry. Odwzajemniam uśmiech. Zbliżam się do niego, czując jak rosa oziębia moje ciało, tworząc gęsią skórkę na skórze.
Josh odgarnia moje włosy za ucho i znowu robi mi się ciepło. Zbyt duże różnice temperatur są niebezpieczne. Przymykam oczy i czuję jego miękkie usta na swoich. Dzielący nas płot zniknąłby w mig, gdyby to był teledysk miłosnej piosenki, ale to tylko nasza ukryta rzeczywistość. Znikamy tylko my, gdy dzień zaczyna się na dobre. Pozwalam mu się całować, a potem daje mi chwilę na oddech i przeskakuje przez płot. Uwielbiam ten widok. Śmieję się, przyciągając go do siebie.
– Wiesz, że jesteś dla mnie bardzo ważna?
– Wiem. Napijesz się herbaty? – pytam, ale on łapie mnie w pasie i wtula się w moją szyję.
– Nie dziś.
Bierze mnie na ręce i zatrzymujemy się w oranżerii. Uśmiecha się zadziornie, a potem odpina moją koszulę w kratę. Przez moment myślę o śpiącej na górze matce, o niewłaściwym miejscu i może nawet czasie, o zbyt małej ilości słów na nowy dzień, ale nie protestuję. Pozwalam mu całować każdy odkryty fragment mojego ciała. Wtapiamy się powoli w siebie, opadając na wiklinowy fotel bujany. Nerwowy śmiech Josha uspokaja na moment mój oddech, a potem uświadamiam sobie, że serce bije mi szybciej niż przed momentem, brakuje mi powietrza, zawęża się pole widzenia, ale przecież to wszystko jest tak przyjemne, że nie rozumiem, skąd obawy.
Może to normalne, może siedzi we mnie wczorajsze, więc chcę to wyrzucić z siebie i odwzajemniam pocałunek Josha, kiedy nasze usta znowu się odnajdują. Pozwalam mu, ale przede wszystkim, chcę tego. Właśnie tego wszystkiego, co pozbawia mnie tchu. Josha jeszcze mocniej.
•••
Czuję przyjemny ciężar ciała Josha na sobie. Jego dłonie wplecione w moje włosy. Urywany, głęboki oddech, nad którym nie potrafi zapanować. Podnosi się i otula mnie moją koszulą. Unika mojego wzroku, więc zamykam oczy. Czuję się dziwnie, jakby coś we mnie się obudziło. Niepokój zmieszany z przyjemnym mrowieniem w dole brzucha. Jestem osłabiona od szczęścia, ale gdzieś w tyle głowy, jak zwykle, budzi się strach. Josh nie podziela mojego entuzjazmu, a może jestem przewrażliwiona. Wczoraj wszystko tłumaczy, a może wczoraj nie znaczy już nic.
Ten poranek jest zadziwiający na tyle, że lekko zaczynam go żałować. Otwieram oczy. Josh stoi w wejściu i pali papierosa. Podnoszę się, choć nogi wciąż mam jak z waty i otulam jego plecy. Czuję przez cienki materiał jego koszulki, że wciąż serce bije mu tak samo szybko jak moje, a jego ciało jest rozpalone. Chcę, żeby spojrzał mi z uśmiechem w oczy. Odwraca się jednak dopiero wtedy, gdy gasi na betonie papierosa. Zagryza wargę i stara się uśmiechać, ale widzę tylko nagłe zmęczenie.
Mam wrażenie, że nic dla niego nie znaczę. Całuje mnie w usta, smak papierosa miętowego wdraża się w moje komórki ciała, w moje płuca i serce. Nic więcej. Tylko tyle. Jestem rozczarowana i przerażona, dlatego bez głębszego zastanowienia, mówię:
– Czy musimy nadal się ukrywać, Josh? Jaki to ma sens?
Kładzie palec na moich ustach. Chaotycznie bawi się kosmykiem moich włosów, przypatruje mi się z uczuciem, którego nie potrafię nazwać, ale robi mi się nagle lżej. Może to wszystko sobie wymyśliłam. Może to tylko sen. Głupi sen.
– Jeszcze tak. Poczekajmy na lepszy moment, Grace.
– Kiedy przyjdzie ten lepszy moment? Może to właśnie już?
– Grace... – szepcze błagalnie, a jego niebieskie oczy stają się chłodne. – Jeszcze nie teraz. Zaufaj mi.
Zaciskam usta, nic już nie mówiąc. Nie powinnam czuć obaw po tym wszystkim. Może to, co się stało przed momentem, powinno mnie upewnić, że mogę mu zaufać, ale to nawet się składa. Josh jest inny niż przed godziną, jeszcze bardziej obcy niż wczoraj. To wcale nie musiało nic znaczyć, na pewno nie więcej niż słowa i gesty w otoczeniu innych. Wcale nie zależy mi na tym, żeby chwalić się Joshem przed całym światem, dodać go do grona znajomych i ustawić w relacji: w związku. Tu chodzi tylko o odrobinę normalności w świecie, w którym żyjemy.
– Pójdę już. Nie spakowałem się jeszcze na dzisiejsze zajęcia – oznajmia, po czym całuje mnie w czoło.
Stoję roztargniona, patrząc jak przeskakuje przez płot i obdarza mnie na pożegnanie bezbarwnym uśmiechem. Mam ochotę na płacz, rzewny płacz, który wprasza się w moje zamglone spojrzenie. Nie mogę sobie na to pozwolić. Nie dwie godziny przed rozpoczęciem lekcji. Pożegnanie Josha było takie niejednoznaczne i chłodne, że pragnę, aby to był tylko sen. W pokoju rzucam się na łóżko i wdycham zapach jego perfum, ciała i papierosów.
Nigdy nie sądziłam, że tak będzie wyglądał nasz pierwszy raz. I nie sądziłam, że dojdzie do niego tak szybko. A co gorsze, nie myślałam, że będę pragnęła cofnąć czas. Bo czuję się pusta w środku. Nic się we mnie nie obudziło, a wręcz przeciwnie. Czegoś we mnie nie ma.
•••
Nie wiem, jakim cudem w szkole znajduję się piętnaście minut przed czasem, tak się guzdrając, ale potrzebowałam gorzkiego powrotu do rzeczywistości, więc podświadomie musiałam się śpieszyć. W szkole wszystko jest takie samo, nic się nie zmieniło, a przede wszystkim nie ma tej dziwnej atmosfery. Jestem już spokojniejsza, uciekam myślami od poranka z Joshem. Zaraz zaczynają się zajęcia z literatury obcej, więc staram się przypomnieć sobie, co było na ostatniej lekcji.
Idę prawie pustym korytarzem w stronę klasy i na chwilę zastygam. Ściskam pasek od torby mocniej, tak że niemal wrzyna mi się w dłoń. W moim kierunku idzie Cloe, Zack i oczywiście – Josh. Zack opowiada coś zawzięcie z typową dla niego pasją, Cloe uśmiecha się, ale jest wpatrzona w Josha, który zdaje się być jak zwykle nieobecny, choć akurat dzisiaj wygląda na odrobinę zainteresowanego historią przyjaciela. Staram się przejść obok nich, jakby nie istnieli, ale to naprawdę trudne.
W ostatniej chwili spoglądam na Josha i dostrzegam jego lodowate i przerażone spojrzenie, jakby bał się, że zdradzę nasz sekret. Cloe mruży oczy, uśmiechając się z wyższością i żadne z nich nie odzywa się nawet krótkim cześć. To jednocześnie normalne, ale i upokarzające. Nic dla nich nie znaczę. Jestem jakąś przeszkodą w realnym życiu Josha i ta świadomość sprawia, że naprawdę nie mam ochoty dłużej się w to bawić.
Mijamy się i słyszę ich coraz mniej wyraźne głosy. Śmiech Cloe, śmiech Zacka i jedno przytłumione słowo Josha: przestań. Nie wiem, o czym mówią, ale mam wrażenie, że o mnie. Czuję, jak się rozpadam. W maleńkie, czarne kawałki. Opadam na podłogę i zmieniam się w proch. Tak właśnie się czuję. Jak coś, co jest piękne tylko w wyobrażeniach. Mam wrażenie, że to było tylko formą przekupstwa, jakimś przedłużeniem naszej wyimaginowanej relacji, której nie może nikt zobaczyć. Nie wiem, czy tego chcę. Nie wiem, czy obydwoje myśleliśmy o tym samym. Nie jestem gotowa umierać za każdym razem, gdy mijamy się bez słowa na korytarzu. Zdecydowanie nie jestem. To zbyt wiele.
CZYTASZ
piąta rano
Teen FictionByłam dla niego kimś innym niż dla reszty świata. Pokazałam mu tę część siebie, której nie poznał nikt. Spędzałam z nim tą porę dnia, jaką przez całe moje życie dane było mi spędzać tylko ze sobą samą. On był dla mnie kimś obcym, a jednocześnie przy...
