Po kilku minutach na miejscu zbiórki dla nowych oddziałów zauważyłem, że osoby, które czekały na przydział były równie przybite co ja. W zasadzie, to większość siedziała wpatrzona w ekran na którym były wyświetlane informacje o tym, żeby następny żołnierz w kolejce przeszedł do pomieszczenia, w którym dobierano nas w nowe oddziały. Nieliczni, w tym ja czytali książki, lub spali. Ten czas oczekiwania może i był nudny, ale nie brakowało nam ani jedzenia, ani picia, więc można było odpocząć od walki.
Do nowego oddziału zostaje przydzielony o 11:00, więc po niecałych trzech godzinach oczekiwania - wiele żołnierzy wciąż musiało czekać - pod tym względem miałem duże szczęście. W dokumencie przydzielającym mam informacje o miejscu służby - dawnym niezamieszkanym już terytorium Izraela, a także informacje o uzbrojeniu, jakie mogę wybrać, kontakcie z dowództwem, oraz przede wszystkim informacje o moim towarzyszu w walce, a raczej towarzyszce. Zaskoczyłem się tym, że nie będę współpracował z mężczyzną, tylko z kobieta, bo nie było zwyczaju tworzyć drużyn mieszanych płciowo. Na dokumencie znajdował się również numer oddziału i miejsce, w którym mieliśmy się spotkać. Udałem się na nie, moja przyszła koleżanka z drużyny już tam stała, ale coś tu nie pasowało, miałem wrażenie, że już kiedyś ją widziałem. Podszedłem, przedstawiłem się, a ona na chwilę zaniemówiła. Spytałem - Co? - a ona spytała się mnie, czy jestem bratem Natalii Ratio...
Wtedy przypomniało mi się skąd ją znam, tak to była moja siostra, ostatni raz widzieliśmy się wtedy na peronie w Katowicach. Gdy już ustaliliśmy, że jesteśmy rodzeństwem, przyszło mi do głowy, że dowództwo musiało znać nasze dane, tak żeby nas ze sobą spotkać. Byliśmy tak zszokowani znalezieniem siebie nawzajem, że ustaliliśmy tylko o której się spotykamy przed wyruszeniem do Izraela następnego dnia o 9:00, zbiórkę ustaliliśmy na 8:30, żeby zdarzyć na miejsca w samolocie. Reszta dnia była dniem wolnym, a jako że w Tobruku wciąż wiele budynków było nie zniszczone, to poszedłem na basen popływać. Potem już tylko siedziałem w barakach i czytałem książkę.
Następnego dnia naładowany dzień wcześniej zegarek budzi mnie o 7:00, żebym zdążył się ogarnąć po spaniu i spakować wszystkie ubrania. O 8:00 jestem już na lotnisku w pełnym skafandrze „Wilków" i z bronią na plecach gotowy do odlotu, czekam na Natalie. Pojawia się o 8:25 również w pełnym rynsztunku, wtedy dowiaduje się, że mogłem widzieć ją jeszcze w Kambucie, bo była w oddziale „Color 3", który walczył niecałe sto metrów obok mojego. Ona również miała broń na plecach i przyszywki z dawnymi oznaczeniami. O 9:00 samolot wylatuje z lotniska, lecimy do dawnego Izraela, na razie nie dzieje się tam zbyt dużo, ale zdjęcia satelitarne pokazują nowo powstałe obozy Rosjan i Palestyńczyków. Lot trwa prawie dwie godziny,a gdy lądujemy w wyznaczonym miejscu od razu musimy rozpocząć przygotowania do stworzenia obozu dla wszystkich jednostek, które przybędą po nas. Więc przez kilka godzin stawialiśmy namioty obozowe, przygotowywaliśmy oświetlenie prowizorycznego pasa startowego i pełniliśmy warty. W międzyczasie były 30 minutowe przerwy na zjedzenie obiadu, czy po prostu odpoczynek od pracy. Warty zmieniały się co trzy godziny, a ja w ogóle nie musiałem brać w nich udziału, ponieważ przewodniczyłem w pracach przy lotnisku i namiotach. Kończymy pracować około 21:30 i poza osobami pełniącymi wartę mamy czas na zjedzenie kolacji, umycie się, oraz czas wolny. Poświęcam go na pogadanie z siostrą, bo gdy przystąpimy do akcji to musimy sobie ufać. Dowiedziałem się od niej, że na szkolenie udała się już pół roku po mnie, a jej ośrodkiem ćwiczebnym był jeden z wielu obozów na przedmieściach Katowic, dokładnie to placówki z numerem 34. Opowiedziała mi o tym jak przebiegało jej szkolenie i dowiedziałem się, że szkolenie dziewcząt wyglądało troche inaczej niż nas - chłopaków. Miały trochę mniej treningu siłowego, ale za to więcej biegania. Ich grupa skończyła trening trening po znacznie krótszym czasie niż moja, ale i tak miała już spore doświadczenie.
Nasza pierwsza misja została zadana dwa dni później... Już o 6:00 wyruszamy do Urim, by rozpocząć operacje przeciwko Rosji w tamtym rejonie. O 6:45 docieramy i pierwszą rzeczą jaką zauważamy jest przerażająca cisza i brak śladu ludzi w rejonie. Do miasta wchodzimy w 40 osób podzielonych na 20 grup po dwie osoby i rozchodzimy się po okolicy szukając jakichkolwiek śladów. Nie wiedzieliśmy jak długo będziemy siedzieć w tym mieście, więc wszyscy mieli ze sobą zestawy żywieniowe i bukłaki z wodą, a poza tym noktowizory i inne wyposażenie przydatne na czas w mieście. O 18:00 wszyscy się spotykamy, by założyć tymczasowy obóz na najbliższe dni, zakładamy go blisko studni, by mieć wodę, oraz na wzgórzu, by mieć dobry widok na okolicę, poza tym wyznaczamy warty na noc. Wszystkie te zabezpieczenia przydały nam się w nocy, bo około 1:15 warta woła na alarm, że w mieście pojawili się Rosjanie i mają ze sobą pojazdy opancerzone. Szybko wszyscy się budzimy i zbieramy broń, by stawić im opór w punkcie którego mieliśmy bronić dnia nastepnego. Jednak zanim idziemy na niepewną walkę zgłaszamy się dowództwu na tymczasowym lotnisku i prosimy o wsparcie przy użyciu samolotów, lub śmigłowców. Otrzymujemy informację o tym, że śmigłowce są przygotowywane i dotrą do nas za około osiem godzin, a my mamy w tym czasie stawić opór i spróbować zatrzymać Rosjan. No więc wyruszmy, oczywiście w dwójkach, ale każdy idzie teraz w pełni świadomy, że zaraz może stracić życie. Poza standardowym wyposażeniem w postaci karabinka i pistoletów niektóre osoby mają ze sobą wyrzutnie granatów przeciwpancernych, lub lekkie działa bezodrzutowe. Rosjanie zostali zauważeni mniej więcej w centrum miasta, a nasz obóz znajdował się na obrzeżach, więc mieliśmy kilka minut drogi pieszo, dodatkowo cały nasz ekwipunek tylko opóźniał marsz, ale był konieczny. Od niego mogło zależeć nasze życie. Już po kilku minutach mogliśmy upewnić się, że to Rosjanie, nad nami przeleciał śmigłowiec, śmigłowiec rosyjski, który prawdopodobnie patrolował okolicę, mimo że pojawiliśmy się w rejonie dopiero kilka dni wcześniej
i nie mogli się nas spodziewać, chyba że zostaliśmy zdradzeni. Gdy go usłyszeliśmy, to od razu schowaliśmy się do budynków, padliśmy na ziemie i wyłączyliśmy wszelkie źródła światła. Zagrożenie trwało chwile, bo śmigłowiec tylko przelatywał na przedmieścia i nie zauważył nas. Podnosimy się i włączamy cały sprzęt, a także termowizory, aby zyskać przewagę nad wrogiem. Naszym pierwszym i najważniejszym celem jest obronienie i utrzymanie niezdobytego jeszcze bunkra militarnego, w którym wciąż mogą znajdować się dawne i prawdopodobnie zachowane jeszcze izraelskie czołgi Merkava V, które mogą wciąż posiadać właściwości bojowe i amunicję. Możemy je wykorzystać jako ciężkie wsparcie ogniowe na wypadek pojawienia się czołgów Rosjan. Oczywiście nie było nas dużo, ale wystarczająco, żeby obsłużyć kilka czołgów stacjonarnie, czyli w maszynie będzie się znajdował tylko działonowy i ładowniczy. Dodatkowo za kilka godzin ma przybyć więcej żołnierzy. Ale zanim to nadejdzie musimy obronić bunkier w zaledwie 40 osób. Z żołnierzy broniących bunkru cztery oddziały znały się na czołgach, więc znaleźliśmy cztery działające i posiadające jeszcze amunicję czołgi, a następnie wystawiliśmy je na zewnątrz i przygotowaliśmy do walki. Potem kolej na resztę, zaczynamy od przygotowania osłony - wykopaliśmy głęboki na jeden metr rów, a całą uzyskaną w ten sposób ziemię przeznaczyliśmy na zbudowanie prowizorycznego muru ziemnego. Następnie ustaliliśmy kto i gdzie będzie znajdował się podczas walki, a jako że ja miałem największe doświadczenie w walce, też zresztą nikłe, to byłem odpowiedzialny za dowodzenie. Na pierwszej linii tuż za nasypem ziemnym znajdą się inżynierowie i grenadierzy, ze względu na to, że najlepiej poradzą sobie z piechotą i czołgami, będzie obsadzona przez cztery oddziały. Jeśli sytuacja stanie się niebezpieczna, to wycofają się do drugiej linii, którą będzie stanowić zbrojownia przy wejściu do bunkru, to miejsce jest nie do okrążenia, bo można wejść tylko od jednej strony. Tam znajdzie się 8 oddziałów z bronią lekką, ponieważ nie będzie już zagrożenia ze strony broni ciężkiej. I ostatnia linia obrony będzie już wewnątrz bunkra w pomieszczeniach sypialnianych, gdzie znajdzie się również centrum dowodzenia. Tam znajdzie się cała reszta oddziałów, gotowa by pomóc jeśli osoby z innych zespołów zostaną ranne. Na koniec wyznaczyliśmy warty, a reszta zajęła się przygotowywaniem sprzętu, czyli podpinaniem radia i naprawianiem oświetlenia w całej konstrukcji. Było sporo pracy, ponieważ bunkier nie był używany przez bardzo długi czas i wiele przewodów po prostu zardzewiało i nie nadawało się do użytku. Ostatecznie stwierdzamy, że bunkier jest gotowy około 8:45 i po prostu czekaliśmy na przybycie Rosjan.
Godzina 9:36 - pojawiają się pierwsi wrogowie - wszyscy łapią za broń i zajmujemy ustalone wcześniej dogodne pozycje. Jako dowództwo znajdujące się dopiero w trzeciej linii, to nie mieliśmy do dyspozycji żadnych stanowisk obronnych na początek bitwy, mieliśmy siedzieć w sypialni i być zabezpieczeniem na wypadek złego przebiegu bitwy. Około 9:50 rozlegają się pierwsze strzały oddane przez Rosjan, prawdopodobnie zauważyli ruch na jednym ze stanowisk przeciwlotniczych należących do drugiej linii. Niema już odwrotu, musimy walczyć. Po naszej stronie przewaga zaskoczenia i pozycji obronnych, wróg ma przewagę pod względem ilości żołnierzy i pojazdów pancernych. Wtedy zastanawiamy się dlaczego nie ma jeszcze obiecanych przez dowództwo śmigłowców, mogły one dać nam naprawdę duże wsparcie. W odpowiedzi na ostrzał ze strony wroga nasi również zaczynają ostrzał, szybko udaje się zniszczyć dwa transportery opancerzone i jeden czołg przy użyciu dział bezodrzutowych. Szybko okazało się również, że umieszczenie czołgów na przodzie było świetnym pomysłem, bo pociskami odłamkowymi łatwo mogły walczyć z piechotą. Na początku szybko zaczęliśmy zyskiwać przewagę nad Rosjanami ze względu na naszą dobrą pozycję i odpowiednie rozmieszczenie żołnierzy na pozycjach. Wrogowie z kolei atakowali, przynajmniej na początku w nieporządku i chaosie. W ten sposób nie mieli żadnej szansy dostać się do środka. Przez pierwsze kilka minut udało nam się zniszczyć wiele pojazdów, a także zabić ogromną ilość piechoty, ale w pewnym momencie zaprzestali takich masowych ataków i przeszli do nieco pewniejszej metody polegającej na małych i szybkich wypadach pojedynczych oddziałów. W ten sposób Rosjanom udało się zniszczyć jeden z naszych czołgów, ale na szczęście załoga przeżyła. Te ataki mogły wygenerować nam małe straty, ale tez nie były najskuteczniejsze, bo większość tych oddziałów była przez nas eliminowana. Pierwszy przełom udało im się osiągnąć około godziny 18:45, kiedy sprowadzili śmigłowiec szturmowy Ka52, który mimo że już nie najnowszy, to i tak przysporzył nam ogromnych strat... Zostaliśmy zaatakowani przez salwę wystrzelonych z niego niekierowanych rakiet, która zniszczyła całą resztę czołgów, a także wyeliminowała połowę walczących w pierwszej linii oddziałów. Jednakże jeden z inżynierów przeszedł wcześniej szkolenie na taką sytuację, dzięki czemu wiedział co robić. Od razu gdy usłyszeliśmy śmigłowiec, to rzucił się po wyrzutnię kierowanych pocisków przeciwlotniczych i zniszczył śmigłowiec. Gdyby nie to, to prawdopodobnie straty byłyby dużo większe. Po tej sytuacji stwierdziliśmy, że pozycja w pierwszej linii jest zbyt niebezpieczna i powoli wycofaliśmy się do tyłu, do drugiej linii, aby walczące tam oddziały mogły się przegrupować. W ataku śmigłowca zginęło dziewięć osób, czyli dwa oddziały, jedna osoba z innego oddziału oraz dwa zespoły walczące w czołgach. To była dość spora strata strata, ponieważ nasza liczebność nie umożliwiała marnowania żołnierzy. Zostało nas 31, ale wszyscy skupieni bliżej jednego miejsca. Taka sytuacja jest korzystna, ale ma swoje wady, przede wszystkim niezauważony granat może wyeliminować z walki, lub nawet zabić wiele osób. Po zniszczeniu śmigłowca nastąpiła względna cisza w rejonie, ale nie opuszczaliśmy stanowisk na zbyt długo, gdy nadeszła noc, to zostały ustalone warty na drugiej linii w postaci czterech wartowników. Jednakże około godziny 3:00 Rosjanie zaatakowali najsilniejszym atakiem do tej pory. Składało się na niego kilka czołgów, które zostały przed wejściem, a także ponad 50 żołnierzy. Atak odbył się całkowicie z zaskoczenia i był przeprowadzony przez oddziały specjalne, więc zdaliśmy sobie z niego sprawę gdy było już o wiele za późno. Zanim wszyscy żołnierze drugiej linii się rozbudzili to połowa już nie żyła. W ostatniej linii obrony, w punkcie dowodzenia również znajdowała się osoba nasłuchująca drugiej linii, która zaraz po rozpoczęciu ataku poinformowała i obudziła nas wszystkich dając szansę na uratowanie chociaż kilku osób z pola walki. Ubieramy kamizelki, hełmy z noktowizorami i zbieramy broń, po czym po cichu kilka osób, w tym ja wychodzi przez wyjście awaryjne ukryte w stropie bunkra i likwidujemy Rosjan w wolnym tempie, ale tak aby uniknąć wykrycia - używamy broni wyposażonych w tłumiki strzału - dzięki czemu dajemy naszym czas na ucieczkę do głównego wejścia i schowania się w środku. Po kilku minutach Rosjanie zaczynają odpuszczać, bo zaczęły być widoczne straty, a chwilę później wrogie oddziały wycofują się z pola walki. Po walce przyszedł czas na zastanowienie, straty były porażające, straciliśmy ponad połowę oddziałów, a morale zaczęło spadać. Na nasze nieszczęście zostaliśmy odcięci od świata z zewnątrz i uwięzieni w bunkrze. Jedyną rzeczą na jaką mogliśmy liczyć był fakt, że dowództwo główne wie, gdzie jesteśmy... Na następny dzień Rosjanie zaatakowali jeszcze większą ilością wojsk, a nas zostało już tylko 16 osób, więc wszyscy wiedzieli, że raczej nie przetrwamy kolejnej doby. Większość już w to nie wierzyła, ale nieliczni wciąż trzymali się nadziei, że przyjdzie obiecane nam wsparcie. Około godziny 16:15 atak Rosjan, w ilości prawie 60 żołnierzy wypiera nas do dawnej chłodni bunkru, która na nasze szczęście już od dawna nie działa. Znaleźliśmy w tym miejscu nasze jedyne i ostatnie schronienie w pozostałe osiem osób... Tym razem Rosjanie nie wycofali się z bunkra, ale zostali w nim i czekają, aż skończy nam się żywność, lub woda. Z tym właśnie jest największy problem, oni wiedzą, że nie mamy ze sobą zbyt wiele zapasów, a oni mają niemal nieograniczone, mogą nas pilnować do końca, do naszej śmierci. Około 20:00, gdy wszyscy już lekko ochłonęliśmy zaczynamy oceniać naszą sytuację... Przy standardowej ilości posiłków jedzenia starczy nam na prawie dwa tygodnie, ale to nic nie da, bo i tak będziemy już wtedy martwi z powodu braku wody, której mamy tylko na jakieś cztery dni. Z innych aspektów mamy sporo amunicji do broni, a także granaty i wyposażenie do walki, jeśli będziemy chcieli uciec. O 22:00 zarządzamy warty, które mają stanowić dwie osoby w gotowości. Reszta idzie spać, ale wszyscy wiemy, że to może być ostatnia noc w naszym życiu.
____
Troche długi ten rozdział
CZYTASZ
Next generation - Project Soldier
AksiMłody chłopak - Tomek zgłasza się do projektu mającego na celu stworzenie nowej generacji żołnierzy, którzy mają być niezwykle dobrzy w wykonywaniu swoich zadań. Na początku swojego szkolenia spotyka Smokera i zaczyna mu ufać. W międzyczasie zaczyna...
