Około godziny 4:18 budzi nas ogromny huk, który sądząc po dźwiękach zza drzwi wcale nie był dobrą rzeczą dla Rosjan, po kilku sekundach kolejny i kolejny. Po piątym wybuchu już wiemy co go powoduje, to NATOwski leopard 2A8 prowadzi ostrzał pociskami burzącymi do wnętrza bunkra, w naszym małym schowku rozlega się ryk radości i niedowierzania spowodowany brakiem nadziei na ratunek, który jednak nadszedł, zbieramy uzbrojenie i po cichu opuszczamy naszą kryjówkę, od razu udajemy się w stronę wyjścia, jakoś nikt nie pomyślał o tym, że to może być pułapka, ale nie... To byli nasi. Gdy weszliśmy do głównego pomieszczenia, pierwszą rzeczą jaka rzucała się w oczy była ogromna ilość martwych żołnierzy - Rosjan, na żadnym z nich nie było flagi państwa NATO, drugą rzeczą jaka rzuciła się w oczy byli sojusznicy z bronią podchodzący w naszą stronę i wołający po angielsku, czy nic nam nie jest. W naszej grupie większość osób była lekko ranna, jeden z oddziałów był mocno poraniony bo walce w drugiej linii, ale moja siostra jednak ledwo żyła... W trakcie ostatniego ataku oberwała kilkoma strzałami z karabinu i miała dość mocno uszkodzony brzuch. Odpowiadam, że jest kilka mocno rannych osób, w tym w stanie krytycznym, ale większość się jakoś trzyma. Sojusznicy nas wyprowadzają i pomagają w wyjściu rannym, których od razu prowadzą do szpitalnych transporterów opancerzonych. To drugie zaskoczenie, przed wejściem znajdują się nie tylko żołnierze i wozy piechoty, ale przede wszystkim nie jeden, ale aż pięć czołgów typu leopard 2. O jednym wiedzieliśmy, bo strzelał do wnętrza bunkra, ale było ich więcej. Pytam znajdującego się niedaleko porucznika- Marka, który chyba dowodził całą akcją, o co chodzi i skąd się tu wzięli, jako równy mu stopniem - po szkoleniu jakie przeszedłem miałem stopień równy podpułkownikowi - więc nie przykładam do tego jakichś szczególnych ceregieli. Powiedział, że od kilku dni próbowali się z nami porozumieć, ale nie byli w stanie. Wytłumaczyłem mu, że nie mieliśmy dostępu ani do radia, ani do sygnału z zewnątrz, bo siedzieliśmy głęboko pod ziemią. Mijają nas transportery szpitalne i przypominam sobie o siostrze, pytam Marka, gdzie jest szpital polowy, ten odpowiada, że kilka kilometrów na północ od miasta jest założony posterunek sił NATO z porządnym szpitalem polowym, to główny posterunek tego typu w promieniu jakichś dwudziestu kilometrów. My mamy tam dotrzeć w BWPach, gdzie znowu zostaniemy przegrupowani i będziemy mogli lekko odpocząć, a przede wszystkim się umyć. Podróż przebiegła spokojnie, w jej trakcie dowiedzieliśmy się, że wojskom NATO udało się zająć większość terenu dawnego Izraela, a Urim było jednym z ostatnich miejsc, gdzie jeszcze byli Rosjanie. Fakt, że tereny Izraela były już praktycznie nasze był bardzo dobrą informacją, ale do końca wojny zostało jeszcze wiele walki. Do posterunku docieramy około godziny 9:20, w obozie panuje spokój, każdy wie, że Rosjan nie ma już prawie wcale w Izraelu i wszyscy przygotowują się do przerzutu do Libanu, gdzie Rosjanie mają ogromną przewagę nad NATO, ze względu na fakt, iż my skupialiśmy się dotychczas na Izraelu i państwach na południe od niego, niż na północy. Ja zostanę w Izraelu jeszcze kilka dni, mam do załatwienia bardzo ważną sprawę, mianowicie pobyt na pogrzebie mojej siostry...W ciągu mojej bardzo krótkiej służby widziałem śmierć moich przyjaciół, a teraz śmierć mojej siostry, jeden z pułkowników spytał się mnie osobiście, czy dam radę zakończyć tę wojnę w aktywnej służbie, powiedział mi również, że osobiście może mnie zwolnić ze służby na dowolny czas, bo moje zasługi dla tej wojny są i tak duże - nawet nie wiem w jaki sposób zrobiłem coś ważnego dla tej wojny - ale odpowiedziałem, że zostanę i będę walczył do końca, bo jeśli udam się do domu, to myśli nie dadzą mi spokoju. W ciągu tych kilku dni nic specjalnego się nie dzieje, ponieważ jest bezpiecznie, to urządzamy zawody w strzelaniu z broni na odległość, w czym po moim szkoleniu okazuję się tak dobry, że nie tylko zostaje wykluczony z zabawy przez innych - oczywiście dla żartu - ale również dzieje się coś niespodziewanego, miejsce mojego przerzutu zostaje zmienione z Libanu, na Islandię... Od razu po zauważeniu zmiany udaje się do pułkownika spytać o co chodzi, ten tylko patrzy na mnie i mówi - wszystkiego dowiesz się na miejscu Tomek, to nie są sprawy o których powinniśmy głośno rozmawiać. Na następny dzień już o godzinie 6:00 wylatuje samolotem w dziesięciogodzinny lot na Islandię, zabieram ze sobą poza rzeczami osobistymi, którym mam i tak niewiele jeszcze broń i tajemniczą paczkę, którą dostałem od siostry jeszcze w szpitalu, tuż przed jej śmiercią - powiedziała, że mam jej nie otwierać do momentu, w którym będą chcieli mi zrobić... Nie dokończyła, to były jej ostatnie słowa - nie otwarłem jej, niekoniecznie przez jej słowa, ale po prostu przez brak czasu, większość dnia spędzałem na strzelnicy i torze przeszkód, z nieznanych powodów udowadniając dowódcom, że jestem jednym z najlepszych w strzelaniu, a także konkurencjach biegowych i siłowych.
O godzinie 5:34 docieram na lotnisko, przywieziony przez oddziały kontrolne NATO, których na terenie Izraela zaczyna pojawiać się coraz więcej, nie robią niczego złego, ale zadają wiele pytań, więc fakt, że nie muszę już z nimi przesiadywać w humvee jest bardzo dobrą informacją. Przed wejściem do samolotu nie mam zbyt szczegółowej kontroli, pytają tylko o imię, nazwisko, oraz jaki sprzęt ze sobą zabieram, następnie mogę wsiąść do samolotu. Na pokładzie samolotu - swoją drogą dość dużego - znajduje się kilku innych żołnierzy, ale siedzą w dużych odstępach od siebie, a dowódcy nie pozwalają mi zbliżyć się do nich na odległość swobodnej rozmowy. Dowiaduję się tylko, że teraz będzie dziesięć godzin lotu bez przerwy i już nie będziemy lądować po drodze po więcej ludzi. W trakcie lotu nie dzieje się zbyt wiele, raz na jakiś czas obok mnie przechodzi ktoś do toalety, oczywiście bez żadnego słowa powiedzianego na głos, nieznani żołnierze tego pilnują, więc dla mnie ta podróż sprowadzała się głównie do słuchania muzyki i czytania książki na kindle'u, bo oczywiście było dość ciemno w nocy. Około 16:30 samolot ląduje, jest lekko opóźniony, ale ma to małe znaczenie. Jeszcze na pokładzie dostajemy ciepłe ubrania - ponumerowane, ja dostaje numer 002 - i informacje o pogodzie. Wychodząc z samolotu nietrudno zauważyć temperatury, która mimo ciepłej kurtki mocno daje się we znaki. Po odebraniu bagażu udaje się do wskazanego miejsca, czeka tam cała reszta przybyłych razem ze mną żołnierzy, nikt nie zabronił tu rozmów, ale mimo to między nami panowała cisza, nikt nic, nawet powitania. Po dwunastu minutach czekania nareszcie pojawia się ktoś wyższy rangą, a przynajmniej tyle wynika z jego słów, najbardziej zaskakuje mnie jednak to, kim jest ta osoba, mimo że ma na głowie hełm rozpoznaje w niej mojego dowódcę z okresu szkolenia - Billa „Smoker'a" - nie mam pojęcia, czy on też mnie poznał, bo nie dał po sobie w ogóle znać o takim fakcie. Z jego wypowiedzi poza informacją o randze wynika jednak niezbyt wiele, między innymi dalej nie poznajemy celu naszego pobytu w tym miejscu, ta sprawa wyjaśnia się jednak kilka minut później, gdy otwiera brama wejściowa do bunkru za naszymi plecami. Smoker mówi nam, żebyśmy poszli za nim, po kolei osoby wchodzą więc w totalnie nieznane, do środka... Ja idę na końcu, mam złe przeczucia co do naszego powodu przebywania w tym miejscu. Po wejściu do środka otrzymujemy klucze do naszych pokojów, ale zanim możemy się rozejść na odpoczynek po długiej podróży samolotem dostajemy jeszcze tabletkę, o której nikt nam nic nie mówi poza tym, że mamy ją połknąć. Patrząc po innych osobach zwróciłem uwagę, że też podchodzą do całej tej sprawy raczej nieufnie, ale większość - poza jakimiś dwoma, czy trzema osobami - zażywa je. Ja decyduje, że nie połknę jej, a gdy chwilę później żołnierze sprawdzają, czy gdzieś ich nie schowaliśmy, to po prostu wsadzam ją do ust i pilnuję, aby nie przełknąć jej przez przypadek. Po całej kontroli można rozejść się do pokojów, te są dwuosobowe, a pary są wybierane losowo. Dziwi mnie, że nikt nie powiedział nam o tym, że mamy nie rozmawiać między sobą w pokojach, cóż, ta kwestia wyjaśnia się następnego dnia, bo gdy budzę się rano, to od razu zauważam dziwne zachowanie kolegi z pokoju i fakt, iż totalnie nie chciał rozmawiać... Pierwsza rzecz o jakiej pomyślałem, to te cholerne tabletki z wczoraj. Całość wyjaśnia się na śniadaniu, bo praktycznie wszyscy żołnierze wyglądają tak jak ten z mojego pokoju. Ja udaję, że też tak mam, ale gdy szukałem miejsca, gdzie siąść, to jeden z „przytomnych" żołnierzy powiedział mi: spotkanie o 10:00, toaleta główna, dzieje się coś bardzo złego... Jako, że wciąż nie było żadnego planu treningu, udaje się do toalety głównej o wskazanej porze, gdy tam wchodzę, to okazuje się, że jest tam już trójka żołnierzy, wszyscy przytomni, ale nie rozmawiają. Dopiero, gdy zamykam drzwi, to wszyscy się sobie przedstawiamy, jest tam Mark - amerykanin, Liam - szwed i Hiroto - japończyk, następnie przechodzimy do sedna sprawy i ustalamy wspólnie, że wpływ na stan reszty mają zażyte wczoraj tabletki, ustalamy też, że nie możemy rozmawiać między sobą, bo tabletki nie powinne tego umożliwiać i nadajemy tabletkom nazwę, którą usłyszeliśmy od jednego z żołnierzy - T01, od „tabletka pierwsza". Po kilku minutach rozmowy rozchodzimy się, co kilka minut wychodzi jedna osoba. Cały dzień przebiega absurdalnie nudno, bo poza obiadem i kolacją musimy siedzieć w pokoju. W trakcie pobytu w pokoju próbuje zbadać wpływ T01 na żołnierza w moim pokoju, wiem, że nic z nim nie porozmawiam, ale zauważyłem, że gdy coś mu nakażę, to wykonuje to bez żadnych oporów i robi to dobrze, tak jakby był w pełni świadomy swoich czynów. O 20:00 - kilka minut po kolacji - przychodzą żołnierze dać kolejną tabletkę, znowu robię to samo co wczoraj, czyli wypluwam tabletkę do toalety i spłukuje. Na następny dzień rano na jadalni nie jest obecny Mark - został zauważony przy wypluwaniu tabletki do kosza na śmieci i potraktowany podwójną dawką T01 - w ogóle się nie obudził, umarł... Jakby tego było mało, to w jadalni pojawił się Smoker i jeszcze trudniej było nie pokazywać, że jest się w pełni świadomą osobą. Tak mija kilka dni, w dniu szóstym zostaje wezwany do dowódcy placówki w trybie pilnym - zostaje doprowadzony do jego gabinetu pod kontrolą czterech żołnierzy. Gdy wchodzę do gabinetu Smokera, to pierwszą rzeczą, jaka rzuca się w oczy jest obecność wielu pojemników z różnymi substancjami i chemikaliami, na każdej znajdował się szczegółowy opis zawartości, ale nie dałem rady nic przeczytać. Siadam na krześle naprzeciw dowódcy i patrzymy sobie w oczy przez kilka minut, ja bez pokazywania emocji, on w niemym pytaniu, tylko nie wiedziałem jakim, do czasu...
Po kilku minutach Smoker zadaje pytanie, którego totalnie się nie spodziewałem - jak udało ci się zachować świadomość, a twoim kolegom nie? - odpowiadam mu, że nigdy nie zażyłem tej tabletki i wynika to z mojej nieufności co do władz wojskowych. Smoker patrzy na mnie i mówi - czyli nawet o tym nie wiesz... - mówi mi, że do moich posiłków wielokrotnie była podawana dawka T01, a ja nawet tego nie odczułem. Znowu w głowie pojawia mi się złe przeczucie, ale zanim jestem w stanie wykonać jakikolwiek ruch do mojego ramienia zostaje wbita jakaś strzykawka, osuwam się w ciemność...
Budzę się w jakimś dziwnym pomieszczeniu, na krześle operacyjnym, do którego jestem przywiązany, nie ma nikogo, ale za drzwiami słyszę rozmowę jakichś ludzi. Próbując się wyrwać z wiązań uruchamiam jakiś czujnik, bo zaczyna dzwonić dzwonek, z tamtego pomieszczenia przychodzi lekarz, patrzy na mnie i uśmiecha się i mówi, że mam się o nic nie martwić, wiązania są tylko po to, żebym nikomu nie zrobił krzywdy przy tym, co będą mi robić. Po kilku minutach do pomieszczenia wchodzi jeszcze kilku lekarzy i Smoker we własnej osobie, przynoszą ze sobą dziwną walizkę oznaczoną jako T02, jednak z rozmów między lekarzami wnioskuje, że ta substancja ma zupełnie inny wpływ niż T01 i są ciekawi efektu. Na kilka minut przed nieznanym dostaje możliwość napisania listu pożegnalnego, jeśli mam z kimkolwiek kontakt, odpowiadam, że nie chcę, a poza tym nie utrzymuję żadnych kontaktów z rodziną od kilku lat, odpowiedzią na moje słowa jest wbicie T02 w moje drugie ramię i słowa: mam nadzieję, że się jeszcze obudzisz wypowiedziane przez Smokera.
CZYTASZ
Next generation - Project Soldier
אקשןMłody chłopak - Tomek zgłasza się do projektu mającego na celu stworzenie nowej generacji żołnierzy, którzy mają być niezwykle dobrzy w wykonywaniu swoich zadań. Na początku swojego szkolenia spotyka Smokera i zaczyna mu ufać. W międzyczasie zaczyna...
