Jaxon:
Otwierałem właśnie drzwi, gdzie inne na piętrze zatrzasnęły się z hukiem. Nie wnikałem za bardzo, bo od kiedy Liz tu mieszka, jest to normalne. Za jednym razem to ona trzaska tymi pieprzonymi drzwiami ze złości, następnym razem jest to Justin. Szczerze mówiąc irytują mnie już trochę te ich kłótnie, bo widać wyraźnie, że ciągnie jedno do drugiego, a mimo wszystko drą koty. Wczoraj najwyraźniej by się pogodzili ale wparowałem im do ogrodu i głupi wypaplałem, że wpadła Jess. Mogłem skłamać, że to nic ważnego i wrócić do domu powiedzieć, że go nie ma. Niestety pomyślałem o tym zbyt późno.
Mam tylko nadzieję, że odprawił ją z kwitkiem do domu.
Chociaż po tym trzaskaniu drzwiami mam co do tego ogromne wątpliwości i chociaż bym wolał żeby ją wczoraj wyprosił mam przeczucie, że tego nie zrobił, a co więcej zaprosił ją do swojej sypialni i przeleciał.
Zszedłem po schodach i skierowałem się w stronę kuchni. Kiedy zauważyłem Jess ubraną tylko w koszulkę mojego brata ustałem jak wryty. Spodziewałem się tego, że mogła u niego zostać, ale nie spodziewałem się, że zobaczę ją paradującą w jego koszulce po naszej kuchni.
- Czy ty se kurwa żarty robisz? - warknąłem na brata uderzając w stół przede mną, bo na prawdę byłem wkurwiony. Jess podskoczyła wystraszona, ale szczerze mówiąc gówno mnie to obchodziło w tej chwili.
- Boże, chyba kiepsko wszyscy spali. Najpierw ta panienka trzepnęła łyżką kiedy weszłam do kuchni, a teraz jeszcze ty. - powiedziała blondynka przewracając oczami
- Dodaj dwa do dwóch to się dowiesz do cholery czemu wyszła akurat kiedy weszłaś do kuchni w koszulce Justina. - Oczy Jess znacznie się powiększyły kiedy dotarły do niej moje słowa. Najwyraźniej myślała, że Liz jest moją dziewczyną i gdybym nie był tak wkurwiony to pewnie bym się roześmiał. Otworzyła usta, po czym je zamknęła i spojrzała na Justina mając nadzieje, że coś powie. Nie miałem ochoty ich słuchać, ale musiałem pogadać z Liz.
- Jaxon. - warknął Justin
- Pierdol się! - odpowiedziałem nie odwracając się za siebie i pobiegłem na górę. Po tym wszystkim odechciało mi się jeść i na prawdę zrobiło mi się żal Liz. Mimo, że się do tego nie przyznaje coś czuje do tego kretyna, który jest moim rodzonym bratem.
Zanim poszedłem do Liz musiałem iść do małego pokoju o którym dziewczyna nawet nie miała pojęcia.
Wszedłem do jej pokoju bez pukania, bo wiedziałem, że nie zechce mnie wpuścić.
- Puka się - warknęła
- Po co miałem pukać skoro byś mnie nie wpuściła.
- Po co przyszedłeś? - zapytała i pociągnęła nosem. Nie widziałem jej twarzy bo stała odwrócona do mnie plecami i wpatrywała się w okno, ale wiedziałem, że płakała. Nawet głupi by się domyślił.
Podszedłem do niej bliżej, objąłem ją i pocałowałem w czubek głowy. Było mi jej cholernie szkoda.
- On nie jest ciebie wart. - powiedziałem i wyjąłem z tylnej kieszeni spodni jej iphona i położyłem na parapecie, przed nią. - Jeżeli nie jesteś w stanie dalej tutaj mieszkać, co wcale by mnie nie zdziwiło, zawiozę Cię gdzie zechcesz.
Odwróciła się do mnie, patrząc z niedowierzaniem, załzawionymi oczami.
- Mówisz poważnie?
- Jasne, mała. - powiedziałem i przytuliłem ją mocno, na co dziewczyna jeszcze bardziej się we mnie wtuliła. - Przecież mówiłem, że możesz na mnie liczyć.
- Dziękuję. - powiedziała i rozpłakała się jeszcze bardziej.
Wiem, że jeśli jej się coś teraz stanie, będzie to tylko i wyłącznie moja wina i nigdy sobie tego nie wybaczę, ale musiałem to dla niej zrobić.
