Ruszam korytarzem, wojskowe buty wybijają samotny, ponury rytm na posadzce. Jestem skupiona jak nigdy dotąd, a ślad uśmiechu nie chce opuścić moich ust. Myśleli że nas mają, ale niedługo się zdziwią. To podwójna przyjemność oszukać oszusta, a ja zamierzam jej posmakować.
Kilka minut temu rozstałam się z Connorem na zakręcie korytarza. On ruszył w mrok zamku, a ja ku sali balowej. Zanim jednak każde z nas odeszło w swoją stronę, z wirującym w głowie, nowym planem skleconym na szybko, kasztanowowłosy złapał moje przedramię.
- Amalie...
- Tak?
- Jest jeszcze coś. - Jego intensywne spojrzenie tym razem, wcale nie wyrażało zdenerwowania - nie, to było zdecydowanie coś innego. I do tej pory nie wiem, dlaczego tego nie rozpoznałam.
- Mów szybko, nie mamy czasu.
W odpowiedzi Connor pokonał jednym krokiem, dzielące nas półtora metra i nie odrywając spojrzenia od mojej twarzy, pochylił się ku mnie. Do momentu w którym nasze wargi pierwszy raz się złączyły, nie dopuszczałam myśli że mnie pocałuje. A jednak! Początkowo nie miałam zielonego pojęcia jak zareagować. Dlatego się odsunęłam.
Błysk zrezygnowania przestrzelił jego ciemne oczy, a ja szczerze się roześmiałam. W tamtej chwili, pierwszy raz od kilkudziesięciu godzin moje serce uwolniło się spod obezwładniającego uścisku strachu i przepełniała mnie dzika euforia. Patrzyłam w jego oczy i nie mogłam przestać się uśmiechać.
- Jeśli nie dziś, to jutro pochłonie nas wieczność - powtórzyłam jego słowa z wczorajszego wieczoru i ujmując twarz chłopaka przyciągnęłam go ku sobie.
Nie mam pojęcia ile czasu tak trwaliśmy, ale to czasochłonne zawirowanie zakończyło się w chwili, gdy moje plecy zetknęły się ze ścianą. Czyli trochę za szybko.
Ostatnie uśmiechy i głos Connora, gdy mówił ,,wracaj do mnie cała i zdrowa" to jedyne co pamiętam z naszego pożegnania, zanim z nową energią stanęłam do zmagań z okiem cyklonu czekającym mnie za rogiem.
Nie zamierzam określać słowami tego, co stało się kilka chwil temu, ale jednego jestem pewna: w taki sposób właśnie rodzi się moc, która pozwala ludziom przenosić góry.
Wracam jednak z cudownej Arkadii na Ziemię, a raczej do Cazadoru i jeszcze raz wałkuję w głowie wszystko, co wiem i czego mogę nie wiedzieć o szaleństwie dookoła.
Victor Teergi próbuje pozbyć się mnie i Connora. Najlepiej w tym samym czasie, pewnie dlatego by jedno nie mogło pomóc drugiemu. Oby nie było za późno dla Metzli. Królowa Cerridwen współpracuje z doktorem Teergi. Na sto procent. Dosłownie wszystko na to wskazuje. Ta kobieta z pewnością coś kombinuje, tylko nie wiadomo jeszcze, co. Niemniej, wszystko co o niej wiem mówi samo za siebie: zapewniała mojego ojca w twierdzy Dagmagor i Victora Teergi tutaj, w zamku. Obietnice i plany. Łączyły ją z nimi jakieś dziwne relacje. Tyle że te relacje wyglądały bardzo podobnie. Właściwie niewiele się różniły. Ten sam ton, ten sam charakter. Mój ojciec i doktor Teergi to też podobne postaci - obydwoje zajmują się szemranymi i nie do końca zrównoważonymi badaniami i eksperymentami. A co najlepsze, oboje eksperymentowali na mnie. Wszystko wskazuje na to, że królowa Cerridwen ma jakiś interes w niszczeniu pacjentów swoich laboratoryjnch sprzymierzeńców, w tym wypadku - mnie. Ale takie wnioski do niczego nie prowadzą! Cholera jasna!
Mijam salę tronową, gdzie jeszcze mniej niż kwadrans temu, miałam według planu, wparować i przystąpić do ewakuacji własnego tyłka. Wymija mnie coraz więcej zdezorientowanych (ale nie pogrążonych w panice) gości. Teraz plan jest inny: muszę zmylić wszystkich, którzy mniej więcej wiedzą (o ile w ogóle ktoś wie) co kombinuję i z jakim zamiarem tu przyszłam. Innymi słowy, wpakuję się w epicentrum chaosu i będę udawać że robię to, co do mnie należy. Że wcale nie jestem przyszłym zbiegiem i zakałą całego Ellesmore.
CZYTASZ
Trzynasty Anioł
Fantasy- Muszę się tobą zaopiekować. Twojemu życiu zagraża niebezpieczeństwo. Ja mogę... - Łżesz! - Przerywam mu. - Jakie znowu niebezpieczeństwo?! Jedynym niebezpieczeństwem, jakie mi obecnie zagraża jesteś ty! Nie mam pojęcia jak się stąd wydostać, a ch...
