36

1.1K 48 24
                                        

Śnieg już na stałe zagościł na hogwarckich błoniach, po nowym roku a na ustach wszystkich studentów był związek Lily Evans i Jamesa Pottera, dwojga wychowanków domu lwa, w dodatku prefektów naczelnych i tylko nienasyceni uczniowie rozsiewali o nich najgorętsze plotki, które dla Lily były już po prostu niesmaczne, więc kiedy do jej uszu dotarły kolejne, nietaktowne słowa wypowiadane przez czwartoklasistkę siedzącą nieco dalej od nich podczas śniadania, kiedy to James obejmował ją ramieniem i jednocześnie śmiał się z czegoś z Syriuszem, szlak jasny trafił jej anielską cierpliwość więc z całą siłą wstała z ławy strącając dłoń Jamesa z siebie. Podjęła szybką decyzje biorąc w ręce pusty, już talerz upuszczając go na stół jednocześnie sprawiając, że pękł a setki oczu przerwało swoje rozmowy kierując ku niej swoją uwagę, o co jej jak najbardziej chodziło.

- Czy wy pełne hormonów, nienasycone hieny przestaniecie wreszcie gadać o mnie i o Jamesie?!- krzyknęła sfrustrowana.- Do jasnej cholery, macie, aż tak nudne życia czy tak bardzo was ten związek podnieca? Nie wiem i nie chcę wiedzieć,  od sylwestra gadacie tylko o tym więc z łaski swojej zamknijcie się wreszcie, a jako prefekt naczelna proszę was grzecznie ostatni raz! Tak i przepraszam pani profesor za niecenzuralne słowa, ale były konieczne- dodała widząc jak profesor Mcgonagall zaczyna mrużyć wściekle oczy.

Ponownie usiadła na swoje miejsce siadając twarzą w twarz z uśmiechniętym Syriuszem.

- I czego się cieszysz, Black?

- Dałaś niezły popis, sarenko- odpowiedział jej z mrugnięciem, owy chłopak powodując u niej ponowny wzrost ciśnienia.

- Ostatnio coś nie panujesz nad sobą, co Lils?- poparł go Peter.

Spojrzała na nich poważnie napinając mięśnie twarzy a następnie skierowała wzrok ku Jamesowi, który patrzył na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

- O co wam chodzi?- spytała wręcz na nich sycząc.

- O to, że coś się dziwnego dzieje, kotek- mruknął Potter.

- A mianowicie?- prychnęła.

- Jesteś jakaś inna, nie śmiejesz się, rzadko kiedy uśmiechasz i chodzisz nerwowa. Wszystko, wyprowadza się z równowagi bardziej niż zazwyczaj- wytłumaczył łagodnie chłopak gładząc ją po wierzchu dłoni.

- Wydaje wam się- warknęła zabierając dłoń.- Każdy ma po prostu gorszy dzień dobra?

- Od przeszło tygodnia, Lily?- Glizogon uniósł powątpiewająco brwi.- Zawsze pierwsza biegłaś do Skrzydła Szpitalnego do Remusa po pełni, a teraz nawet do niego nie zajrzałaś, chcemy wiedzieć o co chodzi.

- O co chodzi, o co chodzi tak?- wywróciła oczami, aby ukryć pojawiające się w jej oczach łzy.- Mój tata miał zawał a ja nawet nie mogę go odwiedzić.

Szybko zdała sobie sprawę ze swoich słów, bo zatkała usta dłonią i nie reagując, na ich wołanie szybko wybiegła z Wielkiej Sali mając zamiar wbiec do najbliższej łazienki, niestety okazała się to ta zamieszkiwana przez Jęczącą Martę. Ledwo wbiegła do pomieszczenia a gorące łzy spłynęły po jej policzkach.

Ugh, jak ona nienawidziła płakać!

Przez tą myśl jeszcze bardziej nią wstrząsnęło i przełykając szloch, pociągnęła, nosem wywołując tym samym denerwującego ducha z toalety.

- No proszę Lily Evans, czyżby Potter cię rzucił?- zaskrzeczała wrednie pojawiając się koło niej.- Może dać ci jeszcze chusteczkę.

- Och, spływaj Marto.

Obrażona dziewczyna prychnęła i zanurkowała w toalecie rozbryzgując wodę na ścianach kabiny.

Gryfonka oamiętając jak nauczyła się panować nad sobą zaczęła głęboko oddychać, zaczynając miarowo liczyć w głowie do dziesięciu. Ledwo udało jej się w miarę uspokoić, a usłyszała jak drzwi od łazienki wydają z siebie ciche skrzypienie i znajome jej męskie dłonie owijają się na jej talii obracając ją do siebie, uchyliła lekko mokre powieki, a dostrzegając znajomej jej orzechowe oczy w grubych czarnych oprawkach, westchnęła przeciągle i wtuliła się mocno w silną klatkę piersiową Jamesa.

Just the maraudersOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz