Carl Grimes znajdował się w Sanktuariu, wraz z Neganem Smithem. Starszy mężczyzna oprowadził go po swoim domu, pokazując mu nawet swoje żony. Gdy we dwoje weszli do jednego z pokojów, rzucił na swoje łóżko szmatkę, po czym zamknął drzwi.
-Te żony, wszystkie są twoje? - zapytał chłopak, patrząc na Amerykanina, jednocześnie trzymał w dłoniach tace z jedzeniem.
-Żony? Tak - powiedział dumny z siebie, kierując się na drugą stronę pokoju - Zawsze chciałem posuwać mnóstwo, różnych, lasek. Więc czemu nie? Życie może być lepsze - stwierdził, po czym obrócił się w stronę Carla - Usiądź - pokazał mu dłonią na jeden z foteli, znajdujących się przy stole.
Oboje podeszli do stołu, Carl położył na nim tace, po czym usiadł, tak samo jak Negan.
-Zaczynajmy.
-Co? - zapytał zdziwiony chłopak.
-Chce cię lepiej poznać, Carl - powiedział, obserwując chłopaka.
-Po co?
-Wiesz, w końcu Lucy to moja córka, chyba muszę cię znać lepiej - zaśmiał się, opierając plecami o oparcie sofy.
-O co dokładnie? - chłopak był zdziwiony, nie rozumiejąc o co chodzi mężczyźnie.
-Jesteś mądry, powinieneś wiedzieć. Chłopak w twoim wieku powinien chodzić nabzdyczony, płakać bo przegapił bal maturalny. Ale ty - wskazał na niego palcami - Masz misję. Znalazłeś mnie, zabiłeś dwóch moich ludzi - zaśmiał się - I wiesz że nie uszłoby ci to płazem, jednak jesteś ważny dla mojej córki, więc nie mogę ci zrobić krzywdy.
-Czemu? - chłopak był ciekawy, przecież Smith mógł robić co chce.
-Wiesz, skoro jesteś ważny dla niej, to dla mnie też - jego łokcie były teraz oparte o kolana, gdy na niego patrzył - I przecież nie chce, aby moja jedyna, i ukochana, córka miała mi coś za złe. Wiesz jaka jest Lucy, nawet ja to widzę.
-Doskonale to wiem - powiedział cicho, w jego umyśle ukazały się wszystkie sceny, w których dziewczyna robiła, wręcz czasem głupie i pochopne, rzeczy, tylko aby on był cały i uszedł ze wszystkiego z życiem.
-Nie mogę - powiedział, śmiejąc się cicho - czuję się jak bym rozmawiał z prezentem, ściągnij tą szmatę z twarzy.
-Co? - chłopak otworzył szeroko oko, nie wierzył w to co słyszy - Nie.
-Zabiłeś moich dwóch ludzi, DWÓCH LUDZI - mężczyzna wybuchły, a chłopak od razu wiedział że Lucy naprawdę wdała się w swojego ojca, jednak wciąż twierdził że była gorsza, jej by się posłuchał już po pierwszych słowach. Nie był w stanie na sprzeciwienie się dziewczynie, wszystko co wychodziło z jej ust, było jak rzecz której musi się słuchać, jednak nigdy na to nie narzekał - To jest kara. Bo ty naprawdę chcesz mnie wkurzyć - jego wzrok był przenikliwy, chłopak zaczynał czuć niepokój - Mimo że nic ci nie zrobię ze względu na moją córkę, zawsze mogę powiedzieć jej parę słów które mogą się jej niezbyt spodobać. A dobrze wiesz, że skutki tego mogą być... Różne.
Carł patrzył na Amerykanina, czuł jak jego dolna warga drga niekontrolowanie. Doskonale wiedział do czego zdolna była dziewczyna. Wiedział również że ma własny rozum, jednak ojciec to ojciec, gdyby znalazł dobry powód i kazał jej wybić całą Alexandrie, z wyjątkiem jego, zrobiłaby to, a powieka nawet by jej nie zadrżała. Mimo iż uwielbiał zabójczość Lucy, to czasem, przerażało go to do jakich rzeczy mogłaby się posunąć. Wiele razy, pokazywała mu do czego jest zdolna.
Chłopak odetchnął głośno, spuszczając głowę w dół. Zdjął swój kapelusz, który swojego czasu dostał od Ricka. Położył go na stole, po czym zaczął go ściągać. Czuł jak jego dłonie drżą, nie ściągał go przy nikim. Jedyny kto widział jego bliznę, to jego ojciec i lekarka, nawet Lucy jej nie widziała. Wiedziała jak chłopak się czuje, więc nie zmuszała go do pokazania czegoś, czego się wstydzi. Mimo że od samego początku mówiła mu, że brak oka nie jest niczym złym, żadną ujmą na honorze, ani powodem do wstydu, jak i sama miała ich wiele a każda z nich opowiadała inną historię. On wciąż czuł się nieswojo, odsłonięty i bezsilny, kiedy rana, zrobiona przez Rona, była widoczna.
CZYTASZ
She Is Crazy | The Walking Dead
Fanfiction-Ona jest cholernie szalona! -Wiem i... Podoba mi się to ---- Okładka by Ja
