Noc była cicha, zbyt cicha.
Nie taka, do której przywykli w Twierdzy, gdzie wiatr zawsze niósł ze sobą daleki zgrzyt broni, szczekanie psów albo stukot kroków, lub kopyt. To było coś innego. Cisza gęsta, lepiąca się do gardła. Jakby cały świat wstrzymał oddech.
Lucy szła na czele oddziału - Noor po jej lewej stronie, Carl po prawej, za nimi Drey, Kael i kilku innych wojowników. Wszyscy mieli twarze napięte, a dłonie zaciskały się na broni. Lucy niosła swoją kosę, połyskującą w blasku księżyca, tak spokojna i skupiona, że aż niepokojąca.
Dotarli na pole, o którym mówili zwiadowcy. To tam krążyli sztywni - zbyt długo, zbyt regularnie, zbyt dziwnie.
I faktycznie - zobaczyli ich.
Wiele sylwetek, powolnych i chwiejnych, przechadzających się w kółko, jakby uwięzionych w niewidzialnej sieci. Z niektórych ust nie wydobywały się dźwięki, żadne jęki, żadne charczenie. tylko milczenie i jednostajny rytm kroków.
-Co do cholery... - wyszeptał Kael, unosząc kuszę - One nigdy się tak nie poruszają.
Lucy uniosła dłoń, zatrzymując go.
-Cicho - mruknęła - Jeszcze nie strzelać.
Carl zmarszczył brwi. Patrzył uważnie, mrużąc oko - to, które pozostało. Wtedy zauważył coś, co zmroziło mu krew w żyłach.
-Oni... oddychają - wyszeptał.
-Co? - zapytała Noor, odwracając głowę w jego stronę.
-Patrz - Carl wskazał na jednego ze "sztywnych". - Klatka piersiowa... unosi się i opada. Równo. Za równo.
Drey zaklął pod nosem.
-Żaden trup nie oddycha.
Lucy ścisnęła mocniej drzewiec kosy.
-Maski - powiedziała chłodno - To nie martwi. To ludzie.
Jakby w odpowiedzi, jeden ze "sztywnych" odwrócił głowę. Powoli, mechanicznie. Jego spojrzenie - ciemne, martwe oczodoły skóry naciągniętej na twarz - spotkały się z oczami Lucy. Usta otworzyły się lekko. A potem usłyszeli to wszyscy.
Szept.
Ledwo słyszalny, ledwo wyczuwalny. Ale był.
-...obcy... intruzi... krew...
Wszyscy instynktownie cofnęli się o krok.
Kael podniósł kuszę, ale Lucy natychmiast zatrzymała go gestem.
-Nie prowokuj - powiedziała niskim tonem.
Kolejne sylwetki zaczęły odwracać się w ich stronę. Teraz już było jasne - poruszali się jak martwi, ale to nie były bezmyślne ruchy. Był w nich rytm. Plan. I głos.
Carl poczuł, że pot spływa mu po karku. Nigdy czegoś takiego nie słyszał. To nie była zwykła groźba. To było jak... mantra.
Wtedy jeden z nich wyszedł do przodu. Wyższy, z ramionami okrytymi płaszczem ze skóry, na twarzy maska z oderwanej, zaschniętej skóry martwego. W dłoni dzierżył długi miecz.
-To nasze terytorium - wyszeptał - Wy, którzy je naruszyliście... odejdźcie, póki możecie. Albo staniecie się jednym z nas.
Lucy wystąpiła do przodu. Spojrzała na niego, nie okazując strachu.
-A jeśli odmówimy? - spytała spokojnie.
Mężczyzna przechylił głowę, a jego towarzysze równocześnie wykonali ten sam ruch.
CZYTASZ
She Is Crazy | The Walking Dead
Fiksi Penggemar-Ona jest cholernie szalona! -Wiem i... Podoba mi się to ---- Okładka by Ja
