Las nie odpowiada od razu.
Ciała sztywnych leżały ułożone w półkolu jak marionetki, posiekane, rozłupane i rozprute z precyzją graniczącą z furią. Krew wsiąkała w ziemię a zapach żelaza wisiał w powietrzu długo po tym, jak Lucy i jej ludzie odeszli.
Dopiero wtedy oni wyszli z ciszy. Nie wszyscy, nigdy wszyscy.
Najpierw poruszenie w zaroślach, ledwo zauważalne, jakby wiatr zawahał się, czy ma poruszyć liśćmi. Potem ukazały się sylwetki; krzywe, kołyszące się, udające nieumarłych. Ich maski ze skóry zlewały się z szarością gnijących twarzy.
Jedna z postaci podeszła bliżej miejsca rzezi. Przykucnęła, palce brudne i popękane, dotknęły ziemi, a krew na niej była jeszcze ciepła.
-To nie była obrona - wyszeptała kobieta pod maską, jej głos był chropowaty, ale spokojny - To wygląda na wiadomość.
-I to napisaną wyraźnym pismem - odpowiedział mężczyzna obok niej przechylając głowę, jak drapieżnik.
Zauważyli szczegóły. Nie były to chaotyczne uderzenia, ani paniczna walka.
Cięcia były celowe, ostrze prowadzone pewnie. A kosa? Ona nie tylko zabijała, ona mówiła.
-Ona nie ucieka - powiedział ktoś z tyłu - Ona wyszła nam naprzeciw.
Kobieta podniosła się powoli z kolan i spojrzała na drzewa, w stronę gdzie ślady krwi urywały się nagle; jakby rzeźnik zdecydował, że już wystarczy.
-Zabijała ich, żebyśmy patrzyli - powiedziała cicho - I żebyśmy wiedzieli, że ona nie boi ubrudzić sobie rąk, twarzy ani... duszy.
Po jej słowach zapadła cisza.
A potem śmiech, cichy i krótki, wręcz nienaturalny.
-Królowa - powiedział ktoś, smakując to słowo - Tak ją nazywają.
-Królowa nie klęka - dodała kobieta - I nie udaje martwej. A to zmienia zasady - zrobiła krok przed siebie.
-Chcesz ją spotkać? - zapytał mężczyzna.
Kobieta przekrzywiła głowę, tak jakby się zastanawiała.
-Nie - uśmiechnęła się pod maską - Chce żeby ona nas znalazła - odwróciła się do reszty - Przekażcie stadu. Nie atakować, obserwować i uczyć się jej rytmu, gniewu i miłości.
-A potem? - padło pytanie z tłumu.
Jej oczy błysnęły.
-Potem sprawdzimy, czy Królowa potrafi szeptać... Czy tylko krzyczeć krwią.
Las znów ucichł.
Ale tym razem wszystko było jasne; Lucy została zauważona. A Szeptacze nie ignorują tych, którzy mówią do nich językiem przemocy.
Lucy czuła to od kilku dni.
Nie potrafiła powiedzieć kiedy dokładnie to się zaczęło, może wtedy gdy ptaki milknęły za wcześnie, a może kiedy wiatr niósł zapach rozkładu tam, gdzie nie powinno go być. Doświadczenie mówiło jej jedno - K T O Ś P A T R Z Y.
Ale nie panikowała, bo nigdy tego nie robiła.
Poruszała się normalnie, wydawał rozkazy, trenowała ludzi, śmiała się z dziećmi, pozwalała im wspinać się na mury, uczyła jak trzymać nóż, jak upaść i wstać szybciej. Była Królową; twardą, nieprzewidywalną i brutalną.
Była sobą.
A Carl zawsze był blisko.
Nie nachalnie, nie jak cień. Był tam po prostu; zawsze w zasięgu jej wzroku. Gdy przechodziła przez dziedziniec, jej spojrzenie mimowolnie sprawdzało czy on tam jest. Gdy znikał na treningi, wiedziała kto z nim jest. gdy wracał ranny, to ona pierwsza klękała przy nim, nieważne kto patrzył.
CZYTASZ
She Is Crazy | The Walking Dead
Fanfiction-Ona jest cholernie szalona! -Wiem i... Podoba mi się to ---- Okładka by Ja
