Alexandria - dzień czterdziesty szósty od wygnania Lucy.
Powietrze pachniało wilgocią, kurzem i zgnilizną. Niegdyś czułe ulice Alexandrii, brukowane nadzieją i świeżością nowego początku, teraz wyglądały jak zaniedbane alejki cmentarza. Ziemia nie rodziła, słońce nie grzało. Niebo było szare, a buty przemoczone. Ludzkie twarze milczały. I głód, który wszyscy czuli, ale nikt nie mówił o nim głośno.
Carl siedział w pustym pokoju, plecami oparty o ścianę, nogi podciągnięte pod brodę. Okno było zmatowiałe od deszczu, szyba zimna. Od tygodni nikt go nie odwiedzał, prócz Judith - i Skauta.
Koń Lucy stał cicho w stajni, jakby wiedział, że jego pani nie wróci szybko. Ale czekał. Zawsze czekał. Tak jak Carl.
Nie dlatego, że wierzył w cud.
Ale dlatego, że nic innego mu nie zostało.
Zwiastun burzy przyszedł nie w nocy, nie przez bramę. Przyszedł przez szeptu. Najpierw przy ogniskach. Potem przy punktach dystrybucji żywności. Na końcu - w radzie, gdzie siedział Rick, blady, cichy i spięty.
Carl podsłuchał przez drzwi. Uczył się tego od dawna - być niewidzialnym. Kiedyś był synem przywódcy. Teraz był... zagrożeniem. Nie ufało mu wielu. Ale jeszcze się go bali.
-Na południu coś się dzieje - powiedział ktoś, głos był niski, spięty - Mówią, że powstała nowa forteca. Wielka. Z wieżami i zaporami.
-Kto za tym stoi? - zapytał Rick, bez emocji.
-Nie wiemy. Ale... jeden z naszych zwiadowców widział kobietę. Samotną. Miała broń, kosę. Nie rozmawiała. Tylko patrzyła. Twarz... jakby nie żyła. Oczy martwe. Jakby nic nie czuła.
-Może to sztywny - ktoś parsknął.
-Sztywny nie buduje murów. Ani nie prowadzi ludzi.
Zamilkli.
Rick westchnął.
-Jesteśmy za słabi na kolejną wojnę. A nasze zapasy... -przerwał, rzucając spojrzenie na mapę - Jeśli czegoś nie znajdziemy w ciągu tygodnia, zaczniemy się nawzajem pożerać.
Carl cofnął się od drzwi. W głowie brzęczało jedno słowo: kosa.
Wieczorem poszedł do stajni. Skaut parsknął cicho na jego widok, jakby czekał cały dzień.
Carl przytulił się do szyi konia. Zamknął oczy. W duchu zobaczył Lucy - zakrwawiona twarz, ten śmiech, który brzmiał jak wojna. I usta wyszeptujące.
"Nie jestem dobra. Ale jestem twoja."
Teraz ktoś inny mówił o kobiecie z twarzą śmierci.
Czy to mogła być ona?
Czy tak daleko odeszła, że zbudowała własny świat?
Czy naprawdę była aż tak... nieodwracalna?
Judith wpadła do pokoju brata po zmroku, nerwowa, poruszona.
-Carl... słyszałeś? - szepnęła.
On tylko skinął głową.
-Myślisz, że to Lucy?
Długo milczał. W końcu odpowiedział.
-Lucy nie potrzebuje murów. Ale jeśli ją zbudowała... to znaczy, że nie chce już walczyć po swojemu.
-A może... to nie ona? - zapytała z lękiem - Może to ktoś gorszy.
Carl uniósł wzrok. Oczy miał puste.
CZYTASZ
She Is Crazy | The Walking Dead
Fiksyen Peminat-Ona jest cholernie szalona! -Wiem i... Podoba mi się to ---- Okładka by Ja
