Noc była ciężka, nie czarna a ciężka.
Nie wisiała nad ziemią - ona na niej spoczywała, jakby ktoś przykrył świat wilgotnym całunem. Powietrze było gęste, lepkie i niemal namacalne. Wchodziło do płuc powoli, niechętnie, zostawiając w gardle metaliczny posmak. Liście drżały bez wiatru. Cisza nie była brakiem dźwięku - była oczekiwaniem. Jak napięta struna, która za chwilę miała pęknąć.
Jar oddychał własnym rytmem. Ziemia była nasiąknięta wodą i czymś jeszcze - czymś starym, gnijącym, cierpliwym. Korzenie drzew wychodziły na powierzchnię jak powykręcane palce, a mgła osiadła nisko, przy samej glebie, jakby bała się wznieść wyżej.
Lucy zeszła w dół bez dźwięku. Nie dlatego, że była lekka. Ziemia po prostu ją przyjęła. Ustępowała pod jej stopami miękko, bez sprzeciwu, jak sprzymierzeniec, który od dawna czekał na jej powrót. Nie oglądała się za siebie, nie było do czego.
Kaptur przysłaniał jej twarz, ale nie po to, by się ukryć. raczej by odciąć się od świata. Cień pod materiałem był gęstszy niż noc wokół. Płaszcz łamał sylwetkę - czynił ją nieregularną, trudną do uchwycenia wzrokiem. Gdyby ktoś patrzył z góry, zobaczyłby tylko przesunięcie ciemności w ciemności.
Kosa była już, nie błyszczała. Ostrze pochłaniało światło, zamiast je odbijać. Drewno drzewca było wilgotne, dopasowane do jej dłoni jak coś używanego od lat. Palce zaciskały się na nim pewnie, bez drżenia. Broń nie była ciężarem. Była przedłużeniem jej ramion, jej intencji, jej myśli. Gdy oddychała - ona oddychała z nią.
To nie była furia.
Furia jest gorąca, gwałtowna, chaotyczna.
W niej nie było chaosu. Tylko chłód, klarowność. Świadomość każdego kroku, każdego napięcia mięśni, każdego uderzenia serca. Serce nie galopowało - wybijało równy rytm, jak odliczanie.
To była decyzja.
Podjęta dawno temu, dojrzewająca w ciszy, teraz tylko wykonana.
Łucznik stał wysoko, oparty plecami o przechylony buk, jakby drzewo było tylko kolejnym elementem jego przewagi. Z tej wysokości widział więcej. Tak mu się przynajmniej wydawało.
Maskę miał zsuniętą na brodę - pewność siebie częściej rozbiera niż rozkaz. Oddychał spokojnie, równo. Palce spoczywały luźno na łuku, jakby noc była już rozstrzygnięta, a on jedynie pełnił formalność.
Nie spodziewał się, że noc też potrafi patrzeć.
Lucy podeszła od strony, z której wiatr niósł zapach gnijących liści i wilgotnej kory. Zapach rozkładu maskował wszystko inne - pot, metal, oddech. Jej kroki nie były bezgłośne. Były zgodne z rytmem jaru. Z miękkim chlupnięciem błota, z cichym trzeszczeniem starej gałęzi gdzieś dalej, z westchnieniem liści ocierających się o siebie.
Jedno przesunięcie stopy.
Ciężar przeniesiony na przód, biodra niżej, bliżej ziemi.
Jedno skrócenie dystansu.
Ramię już uniesione, zanim jego ciało zdążyło zarejestrować cień.
Dłoń zatkała mu usta - twardo, zdecydowanie. Nie szarpał się długo. Zaskoczenie odbiera więcej siły niż ból. Ostrze weszło pod żebro dokładnie tam, gdzie powinno. Kąt wyuczony, głębokość wyczuta, bez pośpiechu i bez zawahania.
Jego ciało zesztywniało, a potem zwiotczało. Nogi straciły sens, ręce rozluźniły się bezradnie. Łuk wysunął się z palców i uderzył o ziemię stłumionym stuknięciem.
CZYTASZ
She Is Crazy | The Walking Dead
Fanfiction-Ona jest cholernie szalona! -Wiem i... Podoba mi się to ---- Okładka by Ja
