Deszcz lał się jak ściana. Ulice były śliskie od błota i krwi, którą nikt już nie zmywał. Lucy szła przez świat, który przestał znać litość. Miała na sobie zniszczoną skórzaną kurtkę, podartą na ramieniu, z zaschniętym śladem po cięciu. Zbyt świeża rana, by nie bolała.
Niosła nóż. Stary, zardzewiały, ale ostry. Na plecach - kosa. W kieszeni — nic. Nie zostało jej nic. Nawet nadzieja.
Pod jednym z rozwalonych budynków — poruszenie. Nie głośne, ale znajome.
Sztywny.
Lucy nie uciekła. Zamiast tego stanęła bokiem, pochyliła się, uniosła toporek. Gdy stwór wyszedł z cienia — szarpnięcie, błysk stali. Głowa odcięta. Ciało padło jak szmaciana kukła.
Już nawet nie wzdychała po tym, jak zabijała.
Byli jak muchy. A ona — przeklęta królowa much.
Dzień później, znalazła schronienie w ruinach przedszkola. Kolorowe ściany były pokryte śladami dłoni — malowanych przez dzieci, które pewnie już dawno zgniły pod ziemią. Albo tu, w kącie. Nikt już nie wie.
W sali numer trzy rozłożyła koc, znalazła jedną świecę. Z pleców zdjęła swój plecak. W środku — tylko mapa, z zaznaczonymi czarnym markerem punktami: "Jedzenie", "Nie wchodzić", "Zamarzli", "Zaminowane", "Samobójca".
Spojrzała na ostatni punkt. Uśmiechnęła się krzywo.
-Głupi - mruknęła do siebie.
Potem przysiadła. Długo patrzyła na płomień świecy. Bez wyrazu. Jej oczy nie miały już tej dzikości, którą Carl kochał. Teraz miały coś innego. Coś zimnego. Martwego.
Ale gdy zamknęła oczy, widziała jego twarz.
Carl. Z tym cholernym bandażem. Z uśmiechem, który łamał w niej każdą twardą część.
Zacisnęła szczęki.
Nie wolno jej tęsknić. Nie wolno wracać.
W nocy, nie spała długo. Przebudził ją dźwięk.
Najgorszy możliwy.
Chrzęst szkła pod nogą.
Nie zdążyła złapać broni, gdy coś rzuciło się na nią z lewej. Pchnęła ciało, odbiła się od ściany. Krzyknęła, ale dźwięk zniknął w chaosie. Kolejny trup — tym razem świeży. Miał jeszcze paznokcie. Walczył. Gdy ugryzł — ugryzł innego. Tak to działało.
Zręcznie chwyciła nóż. Jedno cięcie. Potem drugie. Krew chlapała na podłogę jak woda z wiadra.
Sztywny padł. Ale nie był sam.
Zza drzwi wyłoniło się kolejne cielsko. A potem jeszcze jedno.
Cztery.
Pięć.
Sześć.
Pułapka.
Lucy nie czekała. Wybiegła przez okno, rozcinając sobie łydkę na ostrym kawałku szkła. Skoczyła na błotnistą ziemię. Runęła. Potoczyła się.
Ale nie zatrzymała.
Uciekała przez kolejne kilkaset metrów.
Oddychała ciężko. Serce waliło. Tętno tłukło się w głowie.
Zatrzymała się dopiero na moście.
Podniosła wzrok.
Martwy wisiał z barierki. Miał na szyi tabliczkę: "Złodziej".
CZYTASZ
She Is Crazy | The Walking Dead
Fanfiction-Ona jest cholernie szalona! -Wiem i... Podoba mi się to ---- Okładka by Ja
