Carl trzymał list w kieszeni kurtki jak relikwię. Nie powiedział nikomu. Ani Eugene'owi, ani Joelowi. Nawet nie próbował przekazać tego Rickowi. List był jego. I tylko jego. Każde słowo wypisane na szorstkiej, zżółkniętej kartce pulsowało w jego umyśle jak echo - ciche, uporczywe, prawdziwe. Od tej, która wciąż żyła gdzieś na świecie. Może bliżej, niż mu się wydawało.
Od kilku dni Alexandria była jak w zawieszeniu. Ludzie karmili się darami Królowej, milcząc między sobą o tym, co naprawdę myślą. Rick coraz bardziej tracił kontrolę, nie tylko nad społecznością, ale i nad sobą. Mówił o "atakach", o "przewrocie", o "odzyskaniu władzy". Jakby świat wciąż działał według jego zasad. Ale nikt już nie wierzył w te słowa. I wtedy przyszło piekło.
Pierwszy padł sektor północny. Stara, rdzewiejąca część muru - miejsce, które od miesięcy błagało o naprawę. Carl znał każdą belkę tej konstrukcji. Wiedział, że to było tylko kwestią czasu.
Sztywni wtoczyli się do Alexandrii jak fala gnijących ciał i pazurów. Przez dziury w zabezpieczeniach, przez luki w barykadach. Bez zaproszenia. Bez dźwięku. A potem - z wrzaskiem.
Ludzie biegli. Część walczyła. Większość uciekła. Nikt nie był gotowy. Głód, choroby, zmęczenie... zrobiły swoje. Alexandria była słaba. A teraz - była krwawiąca.
Carl wybiegł z domu z nożem i karabinem, ale bardziej z instynktem niż planem. Zobaczył Joela walczącego z dwoma martwymi przy budynku szklarni. Zobaczył Eugene'a, który chwytał dzieci i wyprowadzał je przez tylną bramę.
-Na południe! Do strefy ewakuacyjnej! - w oddali było słychać czyjś krzyk.
Ale Carl nie ruszył. Stał pośrodku tego chaosu, jego wzrok szukał jej... Lucy. Wiedział, że to niemożliwe. Ale jego serce biło szybciej, jakby czuło, że coś się zbliża.
Mijał znajome twarze. Płacz, wrzaski, panika. Starsza kobieta próbująca wyciągnąć męża spod zawalonej ściany. Mały chłopiec krzyczący za ojcem. Dym, który gryzie gardło. I cisza, której nie powinno tu być.
Wtedy zobaczył go - Ricka. Stał na platformie obserwacyjnej, próbując dowodzić resztkami ludzi.
-Brońcie zachodniego wejścia! Nie pozwólcie im wejść dalej! - ryczał, ale w jego głosie była panika, której nigdy wcześniej u niego nie słyszał.
Ludzie patrzyli na niego z pustką. Nikt już nie słuchał. Ciała spadały. Ściany pękały. Carl widział w tym coś więcej niż upadek miasta.
To był koniec iluzji.
Nie tylko o Alexandrii, ale o ojcu. O tym, że zawsze wie lepiej. O tym, że można wszystko kontrolować. Rick przegrał wojnę, której nawet nie potrafił właściwie nazwać.
Carl zacisnął zęby. Przypomniał sobie słowa z listu: "Nie trzeba być potworem, żeby przetrwać. Ale czasem trzeba wyglądać jak jeden."
List był od niej. Od Lucy. Od Królowej.
Zszedł z drogi tłumowi. Przylgnął do cienia domu i patrzył, jak kolejna grupa ludzi wybiega przez południową bramę. Miał wybór. Mógł odejść z nimi. Ale nie teraz. Jeszcze nie.
Pobiegł do stajni. Zajrzał do boksu Skauta. Koń parsknął i uderzył kopytem w ziemię, czując chaos dookoła.
-Jeszcze nie, stary - wyszeptał Carl - Jeszcze nie dziś.
Wrócił na główny dziedziniec, by pomóc tym, którzy jeszcze walczyli. Strzelił do dwóch Sztywnych, zanim dopadły rannego. Przerzucił kobietę przez ramię i zaniósł ją w bezpieczne miejsce. A potem wrócił. I znów walczył.
CZYTASZ
She Is Crazy | The Walking Dead
Fanfiction-Ona jest cholernie szalona! -Wiem i... Podoba mi się to ---- Okładka by Ja
