Prezent świąteczny, buzi!
Ta chwila mogła trwać wiecznie, ale chłopak zdecydowanym ruchem odepchnął mnie od siebie. Spojrzałam na niego ze zdziwieniem. Jeszcze dwa dni temu wszystko było w porządku.
- Silene, my... nie możemy – powiedział.
Uniosłam brwi zdziwiona. Mój mały świat, który zbudowałam na przestrzeni paru miesięcy, zaczął się sypać. Powoli, po cegiełce, aby w końcu pewnego dnia całkowicie mnie zasypać.
- Co? Dlaczego? – spytałam.
- Twoi rodzice mają pakt z Malfoyami. Mój ojciec próbował zawrzeć z nimi umowę, ale gdy Greyback mnie przemienił... – zawiesił głos. – To było oczywiste, że mnie odrzucą. W końcu jestem cholernym wilkołakiem, w dodatku z rodu który przeżywa kryzys. Są tysiące lepszych osób dla ciebie.
- Mógłbyś być nawet pieprzonym wampirem, niczego to nie zmienia. Damy radę, prawda? Zawsze nam się udaje – złapałam go za ręce i z nadzieją spojrzałam mu w oczy.
Chłopak wyślizgnął dłonie z moich.
- Nie. Zasady przecież tego... – zaczął.
- Pieprzyć te cholerne zasady – przerwałam mu.
To był już akt desperacji. Oddech gwałtownie mi przyspieszył i zakręciło się mi w głowie. Tak, zachowywałam się jak niezrównoważona, zrozpaczona desperatka. Inaczej nie dało się tego określić.
Teodor złapał mnie za ramiona. Jego rysy twarzy stężały, lecz w oczach widać było czysty żal.
- Słuchaj, bo nie powtórzę tego jeszcze raz. Moja rodzina ma układ z Greengrassami. To nasza jedyna szansa na powrót do normalności – powiedział lodowatym tonem.
Po moim ciele przeszedł dreszcz. Nigdy nie używał tego go w stosunku do mnie. Ba, w stosunku do któregokolwiek ze Ślizgonów. Tylko Gryfoni mieli ten zaszczyt.
Wyrwałam się, chcąc być jak najdalej od niego. Odwróciłam się w kierunku drzwi balkonowych.
- Nie martw się, nie będziesz musiał – powiedziałam cicho.
Nie obchodziło mnie, czy to usłyszał, czy też nie. Weszłam do gwarnej Sali Balowej. Jakaś cząstka mnie liczyła na to, że chłopak pobiegnie za mną, przeprosi, cokolwiek. Jednak tak się nie stało. Nie wiedziałam czy go tak naprawdę kochałam, czy to było przyzwyczajenie, które dawało mi pozorne poczucie stabilności. Jednak poczułam po tym pustkę w sercu.
Przecisnęłam się przez tłum ludzi bawiących się w wytwornych kreacjach. Dotarłam w końcu do barku. Wzięłam małą szklankę i po chwili zawahania, nalałam sobie whisky. Wiedziałam, że nie skończy się to dobrze. Moja tolerancja na wszelkiego rodzaju alkohol była praktycznie zerowa. W tamtym momencie mnie to nie obchodziło. Wolałam przechorować następne parę dni niż myśleć o tym wszystkim, co wydarzyło się w ciągu ostatnich trzydziestu minut.
Opadłam na sofę, mając dosyć wszystkich ludzi którzy tu byli. Woleli balować, żyjąc w słodkie iluzji idealnego świat. W tym czasie Czarny Pan prawdopodobnie mordował kolejnych ludzi. Upiłam kolejny łyk alkoholu. Skrzywiłam się. Jego gorycz wypalała mi gardło, ale mimo to nie przestawałam pić.
- Witam przyszła pani Malfoy! – usłyszałam sarkastyczny głos koło swojego ucha.
Obróciłam swoją głowę w bok. Obok mnie siedziała Pansy.
Czarne włosy miała wyprostowane, jej krwiście czerwona sukienka była już w paru miejscach wygnieciona. Miała lekko rozmazaną szminkę. Czułam od niej alkohol. Była ewidentnie pijana.
- Witam przyszłą panią, mam nadzieję, Zabini – odparłam.
- Tak. Ogarniasz, że już mamy zaplanowany ślub? Ale fazaaa... - uwiesiła mi się na ramieniu.
CZYTASZ
Hereditatem |d.m
FanfictionHereditatem (łac.) - dziedzictwo Silene jest dziedziczką założycieli Hogwartu, której zadaniem jest pomoc w obaleniu Czarnego Pana. Jednak wszystkie wydarzenie co raz bardziej odciągają ją od pierwotnego celu, przez co kończy pomagając pewnemu blond...
