Rozdział 24

943 77 16
                                        

Dużo dram, geez.

~

Ostatnie tygodnie minęły dosyć spokojnie, lecz w trakcie świąt Malfoyowie urządzali uroczyste wielkanocne śniadanie. Oczywiście tylko dla rodzin czystej krwi.

Podczas niego dziewczyny dopytywały się mnie dlaczego je ignoruję, co z Draco i czy coś się stało. Zbyłam je tym, że jest wszystko jest w porządku, a z Malfoy'em po prostu lekko się pokłóciliśmy i mamy małą przerwę. Jednak moje przyjaciółki nie były głupie i nie do końca mi uwierzyły. Udało mi się jednak uciec przed ich niechcianymi pytaniami mówiąc, że muszę coś załatwić z moimi rodzicami.

Po powrocie do Hogwartu dalej spędzałam czas w bibliotece i Pokoju Życzeń, wracając do dormitorium tylko na parę minut przed ciszą nocną. Robiłam ogromne postępy we władaniu żywiołami. Nie miałam już  większego problemu nawet z magią ziemi i ognia. W momentach, gdzie już byłam maksymalnie wykończona przypominałam sobie dlaczego to robię - aby ta wojna się w końcu skończyła.

Po dość brutalnym zerwaniu z Draco, chłopak dał sobie ze mną spokój. Widziałam go parę razy z innymi dziewczynami co, nie powiem, trochę mnie zabolało. Po tym wszystkim chciałabym z nim być, ale co jeśli do tego momentu znalazłby sobie nową dziewczynę? 

Wzdrygnęłam się. Było już dawno po kolacji, a ja uzupełniałam notatki z transmutacji. Przez częste zarywanie nocek i ciągłe treningi wylądowałam ostatnio u pani Pomfrey, bo zemdlałam na lekcji. Ta, gdy się ocknęłam, nawrzeszczała na mnie, że to pewnie dlatego, że za mało jem.

- Ah te dzisiejsze nastolatki. Czego one nie robią by schudnąć?- usłyszałam, gdy przygotowywała dla mnie Eliksir Wiggenowy.

Tak więc nie było mnie przez resztę lekcji i właśnie dlatego, pomimo dość późnej godziny, siedziałam jeszcze w bibliotece pisząc notatkę o animagach.

Następnego dnia mieliśmy skrócone lekcje przez to, że profesor Sprout została pogryziona i podrapana przez Nieśmiałki, które broniły drzewa Wiggen. Korzystając ze słonecznej pogody postanowiłam wykorzystać ten nadmiar czasu i wyszłam na dwór. Uznałam, że dobrym pomysłem będzie zrobienie treningu na dworze, łącząc magię wody z magią ziemi. Wybrałam teren najdalej oddalony od zamku i rzuciłam zaklęcia zwodnicze.

Każdy, kto chciał tutaj przyjść wchodząc w obręb zaklęcia przypominał sobie nagle, że ma coś do zrobienia i natychmiast musi wracać. Oczywiście, gdy już znajdował się w bezpiecznej odległości zapominał o tym i nie chciał ponownie iść w moim kierunku.

Korzystałam z mocy opanowanych przeze mnie żywiołów. Ćwiczyłam ich łączenie, co wymagało skupienia i praktyki. Trudność polegała na tym, że styl każdego rodzaju magii był inny i trzeba było przechodzić z sztywnych, pewnych ruchów ziemi, przez płynne, spokojne wody do dynamicznych ognia.

Ekolodzy by mnie znienawidzili, ponieważ całe moje otoczenie wyglądało okropnie. Niektóre drzewa oberwały parę razy kulą ognia, o czym świadczyły zwęglone fragmenty kory. Woda momentami sięgała wysokości kolan, a pojedyncze skały wystawały ponad ziemię. Sama będąc brudna od błota i potu nie prezentowałam się o niebo lepiej.

Po skończonych ćwiczeniach nałożyłam jedyną większą pamiątkę, jaka mi pozostała po Malfoyu, czyli jego czarną bluzę zakładaną przez głowę. Miała ona zakryć wszelkie zadrapania i błoto. Dzięki niej wyglądałam, jakbym wróciła z biegania i prezentowałam się co najmniej znośnie przedostając się do dormitorium. Nie ukrywam, dalej czułam na niej zapach jego perfum i  dlatego też nie wzięłam żadnej ze swoich bluz.

Wchodząc na drewniany most prowadzący do szkoły niemal wpadłam na nikogo innego jak pewną o rok młodszą szatynkę - Astorię Greengrass.

- Hej - przywitała mnie z promiennym uśmiechem.

Hereditatem |d.mOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz