Rozdział 52

45 1 0
                                        

Wylądowaliśmy tuż przed wejściem do Hogsmeade, gdzie nie sięgało jeszcze zaklęcie blokujące możliwość aportacji. Natychmiast uderzył w nas chłód. Drogi były zlodowaciałe i nasze oddechy zamieniały się w parę.

- Co do cholery... - zaczął Weasley.

- Dementorzy - przerwałam mu. - Trochę się tu zmieniło pod waszą nieobecność.

Gdy tylko to powiedziałam nagle z Trzech Mioteł wyszło dwóch śmierciożerców. Gryfoni schowali się pod peleryną niewidką. Na siebie i Draco rzuciłam Zaklęcie Kameleona. Jedną dłoń przytknęłam do swoich ust a drugą do Draco żeby ograniczyć widoczność pary powstającej przy oddychaniu.

- Słyszałeś co się wydarzyło w Malfoy Manor?

- Tak - odpowiedział ten drugi. - Podobno było tyle trupów, że nie dało się przejść bez potykania się.

Czułam jak serce mi przyspiesza. Moja rodzina była bezpieczna bo nie uczestniczyli ani w próbie schwytania Pottera, ani nie mieli nic wspólnego z Bankiem Gringotta. Przynajmniej taką miałam nadzieję. Inaczej było z rodziną Malfoyów. Liczyłam na to, że Narcyza dalej jest gdzieś w bezpiecznym miejscu pod opieką mojej matki, czy kogokolwiek innego. Widziałam po Draco, że też cała krew odpłynęła mu z twarzy.

- A wiadomo co z Malfoyami? - spytał ten pierwszy.

- Stary podobnie nieźle poharatany, ale przeżyje. Lestrange uciekła, a młodego z matką wcięło. Chociaż coś słyszałem uciekł z tą całą Zabini.

- Tą co skatowała Yaxleya?

- Dokładnie.

- Dziwna jest ta cała sprawa. Ale nie zadaję pytań kiedy nie jest to potrzebne. Przynajmniej my mamy stabilną robotę w zamku. Zero stresu. Zero ryzyka.

Postanowiłam trochę przesunąć się ku budynkom. Szło nam z Malfoyem nieźle, aż nagle nie rozległo się potężne wycie. Jednak Hogsmeade nie zostało bez zabezpieczenia. Voldemort wiedział, że Harry wróci do Hogwartu po resztę horkruksów. Śmierciożercy natychmiast wyciągnęli swoje różdżki.

- Alarm się włączył. Ktoś tutaj jest. - Otworzył szeroko drzwi do gospody. Ze środka wylecieli dementorzy.

Mężczyźni ruszyli w przeciwną stronę do nas, ale na dementorów nie działały żadne magiczne sztuczki sprawiające, że byliśmy niewidoczni.

- Expecto patronum! - zawołałam jednocześnie z Potterem.

Smok i jeleń ruszyli na postacie w czarnych pelerynach, przeganiając je z wioski. Nie umknęło to jednak uwadze śmierciożerców. Ruszyliśmy bokiem ulicy, licząc że jakoś unikniemy konfrontacji.

- Widziałeś to?

- Tak, coś jak jeleń i... smok?

- Słyszałem, że Patronusem Pottera jest jeleń. Możliwe, że gdzieś tu jest i Czarny Pan miał rację, że chłopak sam do nas przyjdzie.

Nagle z jednego budynku, który mijaliśmy wyłonił się starszy mężczyzna.

- Właźcie - powiedział.

Wpakowaliśmy się do obskurnie wyglądającego baru. Mężczyzna, który nas wpuścił od razu zwrócił na siebie uwagę śmierciożerców.

- Nie było tutaj nikogo? - spytał jeden z nich.

- A czy ja wiem - starszy mężczyzna wzruszył ramionami. - Raczej nie, nikt tutaj nie przechodzi przez to ile tych czarnych paskudztw lata.

- Hmm to dziwne - powiedział podejrzliwie drugi. - Przed chwilą widzieliśmy Patronusa w kształcie jelenia, który przebiegał wzdłuż ulicy.

Hereditatem |d.mOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz