Rozdział 12

1.4K 97 8
                                        

Poczułam jak serce gwałtownie mi przyspiesza. Ten jeden moment potrafił zmienić wszystko.

Dlaczego właśnie on? Dlaczego Teodor? On był przecież tak rozbrajająco dobry. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że od dłuższego czasu nie widziałam go podwiniętymi rękawami koszuli. Nawet pomimo wyjątkowo ciepłej jesieni. Gdyby ktoś się dowiedział byłby skończony w tej szkole. Poza nią również.

Likantropia zmieniała nawet najbardziej szanowanego czarodzieja w margines społeczny. Nie było na nią żadnego leku, tylko Wywar Tojadowy minimalizował skutki klątwy.

Puściłam jego rękę czując co raz większą furię na osobę, która mu to zrobiła. Podeszłam do skraju pomostu.

- Jak się to stało? - zapytałam.

Chłopak podszedł i przystanął koło mnie.

- Czarny Pan dowiedział się o porażce śmierciożerców w Departamencie Tajemnic. W tym mojego ojca. Początkowo chciał mnie zabić, by odegrać się na nim - zamilkł na chwilę. - Jednak stwierdził, że martwy się mu do niczego nie przydam. Kazał Greyback'owi zrobić ze mnie potwora.

Greyback - ten sam wilkołak w szatach śmierciożercy, który jest teraz poszukiwany przez wszystkich. To on zniszczył mu przyszłość. To przez niego Nott do końca życia będzie zmuszony brać eliksiry i ukrywać się z tym, kim jest.

Poczułam jak zalewa mnie fala nienawiści względem niego tak silna, że byłabym zdolna go wykończyć gdybym tylko miała okazję. Oczywiście nie od razu tylko wtedy, gdy błagałby mnie o śmierć.

- Chcę sprawić żeby cierpiał.

- Silene, proszę. Przestań - powiedział, a ja otrząsnęłam się.

Dopiero teraz spostrzegłam, że woda znajdująca się blisko mnie podniosła się i zaczęła wrzeć. Wzięłam głęboki oddech i starałam się wyciszyć. Woda miarowo opadała. Gdy Teodor to zauważył zbliżył się do mnie i przytulił. Wtuliłam się w jego tors wdychając zapach jego ciała. Stał się moim narkotykiem, za każdym razem pragnęłam go coraz bardziej.

- Czemu mi tego wcześniej nie powiedziałeś? - wyszeptałam.

- Bałem się, że mnie odrzucisz.

Zamilkliśmy. Wokół nas słychać było tylko szelest liści oraz szum wody.

- Nie bądź taka jak oni. To twoja litość może być dla nich zabójcza - powiedział cicho.

***

Tej samej nocy przed północą wyszłam z Pokoju Wspólnego. Miałam na sobie czarne legginsy, zwykły T-shirt oraz nauczona latami nocnych eskapad, puchate kapcioszki. Tak, nie żartuję. Gdy rzuciłam na siebie zaklęcie kameleona sprawiły one, że poruszałam się bez zbędnego hałasu.

Szybko dotarłam do obrazu, który prowadził na siódme piętro obok Pokoju Życzeń. Nie obyło się oczywiście bez oburzenia malowidła, że śmiem zakłócać jego spokój. Nie przejęłam się tym zbytnio ponieważ wiedziałam, że w dzień on praktycznie cały czas śpi. Gdy już się znalazłam na miejscu blisko wejścia do pomieszczenia usłyszałam zbliżające się kroki. Wstrzymałam oddech. Po chwili jednak westchnęłam z ulgą, bo tajemniczą postacią okazał się być Malfoy. Zdjęłam z siebie zaklęcie kameleona.

- Jednak przyszedłeś - powiedziałam krzyżując ręce na piersi.

- Nie mam wyboru - odpowiedział lustrując mnie wzrokiem.

Swoje spojrzenie zatrzymał na moich stopach.

- Gustowne obuwie - powiedział z przekąsem.

- Idealnie dobrane na tę okazję - odparłam sarkastycznie.

Hereditatem |d.mOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz