Rozdział 31

234 15 0
                                        

pierwszy raz od kiedy piszę to ff jestem starsza niż silene (17 urodzinki heereee) *o*

*edit, mam prawie 20 lat i dalej tego nie skończyłam XDD czuję się jak george rr martin

Silene

Pierwszy sierpnia. Dopiero co wstawał nowy dzień i powietrze jeszcze nie zdążyło się nagrzać do tej paskudnej temperatury kiedy nie wiesz, czy w ogóle dostarczasz swoim płucom powietrza. Siedziałam skulona na brzegu jeziora należącego do posiadłości mojej rodziny. Moje niegdyś piękne, długie włosy opadały skołtunione na plecy. Nie uśmiechało mi się z nimi rozprawić. Na kolana miałam naciągnięty stary, brzydki sweter. Odsłonięte nogi marzły mi od nieogrzanej ziemi. W otępieniu tylko siedziałam i wpatrywałam się w horyzont, gdzie właśnie wschodziło słońce.

Dopiero co świtało, ale nie mogłam spać. Już od jakoś miesiąca. Nie mogłam normalnie funkcjonować, czułam się wyczerpana, więc całe dnie spędzałam na dworze, w łóżku lub w bibliotece robiąc to samo - tylko patrząc.

Cała moja rodzina oczywiście spała. Zresztą, jej jakoś szczególnie często nie widywałam. Rodzice cały czas biegali między Ministerstwem, Dworem Malfoyów (który stał się oficjalną, tymczasową siedzibą Czarnego Pana) i domem. Do niego jednak wracali dopiero, gdy na niebie już świeciły gwiazdy. A Blaise?

Czarny Pan na szczęście się nim zbytnio nie interesował. Był za bardzo upity euforią spowodowaną ostatecznym pokonaniem Dumbledore'a. Wraz z jego śmiercią mój cały plan ratowania świata poszedł w diabły.

Ostatecznie dowiedział się on, że maczałam palce w planie morderstwa byłego dyrektora. No cóż, miałam w tym większy udział niż tylko trochę. Dodatkowo wyszło na jaw, że to Snape ostatecznie go zabił, a nie Draco. Jednak nie wiedziałam czy został za to ukarano, wyprowadzili mnie szybciej. Na pewno żył, czego byłam absolutnie pewna przez kryształ wiszący na mojej szyi. Dalej był przyjemnie ciepły. Jakichkolwiek informacji dowiadywałam się jedynie podsłuchując rodziców, gdy ci w końcu rozmawiali ze sobą szczerze, myśląc, że już dawno śpię.

Spokoju jednak nie dawało mi wspomnienia z nocy, gdy opuściłam Hogwart. A w szczególności jedno. Czułam się jak więzień siedząc bezczynnie cały czas w swoim ogromnym, pustym domu, podczas gdy świat czarodziejów coraz bardziej pogrążał się w chaosie.

Musiałam coś zrobić. Musiałam uciec.

Chwyciłam za różdżkę, która leżała obok mnie na trawie. Przeniosłam się w pierwsze miejsce, które przyszło mi do głowy.

Blaise

- Jak to zniknęła do cholery!? - wykrzyknął.

Przewróciłem oczami na wyrzuty blondyna.

- Normalnie - prychnąłem. - Rodzice wrócili do domu tydzień temu i już jej nie było.

Prawdę mówiąc, to była kwestia czasu. Zmieniła się i zdecydowanie czuła się przygnieciona tym miejscem. Zresztą jak prawie każdy. Tylko że ona nie miała gdzie odejść.

- Przecież ona mogła zrobić coś ekstremalnie niebezpiecznego i głupiego...

- To gdzie byłeś przez ten miesiąc kiedy ciebie potrzebowała - wycedziłem, wkurzony jego ciągłymi oskarżeniami.

Pobladł jeszcze bardziej niż zwykle. Prawda była taka, że nawet jeżeli moja siostra o tym nie mówiła to potrzebowała tego idioty. Jednak on też zniknął bez śladu życia. Na okrągły miesiąc.

- Musiałem.... - zaczął - załatwić parę... Rzeczy.

Uniosłem brew.

- W co ty się najlepszego znowu chłopie wkopał? - spytałem.

- Już nic - wycedził.

Coś się zmieniło. Ba, zmieniło się w cholerę dużo. Silene wpływała na wszystkich nie do końca w dobry sposób. Nawet nie zdawałem sobie sprawy jak bardzo potrzebowałem jej moralizatorskiego gadania. Nie mówiąc już o Malfoyu, który odchodził od zmysłów. Westchnąłem.

- Możemy przeszukać jej pokój - zaproponowałem, licząc że to chociaż jakoś przywróci naszą starą relację.

Silene nie byłaby zadowolona. Nie znosiła kiedy ktoś ruszał jej rzeczy. Blondyn skinął głową, chociaż tyle. Weszliśmy po schodach na piętro i skręciliśmy w korytarz do pokoju. Przed tym jak chwyciłem klamkę, zawahałem się. Mogła rzucić jakieś paskudne zaklęcie ochronne. Jednak nic takiego się nie wydarzyło i drzwi bez problemu ustąpiły.

W środku panował nienaturalny porządek. Co za zaskoczenie. Będąc w nieoficjalnym areszcie domowym jeszcze bardziej niż normalnie skupiała się na utrzymywaniu porządku. Na łóżku leżał obrażony kot - Dodger, który tylko podniósł łeb i machnął łapą od niechcenia, jakby chciał nas przegonić. Wyjątkowo nie miał ochoty mnie zamordować.

- Nic tu nie ma - powiedziałem, jednak Malfoy mnie olał.

Podszedł do kota i zaczął coś zdejmować szyi. Okazał się to był łańcuszek z jakimś kryształem. Położył go obok zwierzęcia, które podniosło zainteresowane głowę. Draco sięgnął po różdżkę.

- Mogę spytać, co ty właściwie robisz? - zmarszczyłem brwi.

W ostatnim roku zdecydowanie stał się dziwny, ale w tamtym momencie przechodził samego siebie. Odwrócił się w moją stronę.

- Próbuję użyć zaklęcia lokalizującego na tym Kamieniu - zaczął. - Silene ma drugi, który jest zaczarowany i przez to wiem czy nic jej nie jest. Tak samo działa to w drugą stronę. Aha - przypomniał sobie - Dodger to jej chowaniec. Łączy ich silna więź, więc to tylko wzmocni zaklęcie.

Skierował różdżkę na kryształ i machnął w jego kierunku. Nic się nie wydarzyło. Potem jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze...

- Co za gówno... - wymamrotał po mnóstwie nieudanych prób.

Wtedy uświadomiłem sobie jedną rzecz.

- Ona po prostu nie chce być znaleziona.

Nagle usłyszałem, że ktoś się dobija do drzwi. Nie byłem jedyny i wymieniliśmy ze sobą przerażone spojrzenie. Moi rodzice dzisiaj nie wracali, siedzieli całe dnie i noce w Ministerstwie nadzorując poszukiwania Silene. Nikt oprócz nas nie powinien tu być. Odruchowo wyjąłem różdżkę i z Malfoyem zeszliśmy na parter.

Drzwi trzasnęły i się otworzyły. Do środka wleciał wiatr, chociaż wieczór był spokojny. To jak nic była magia. Może Zakon Feniksa nas znalazł lub Czarnemu Panu odwidziało się nasze towarzystwo i zdecydował, że chce nas zabić? Zatrzymałem się na sekundę na końcu schodów, po czym stwierdziłem, że nie ma nic do stracenia

Jednak w progu stała wychudzona, poobijana dziewczyna o poplątanych blond włosach. Jej ciało dosłownie topiło się w o wiele za dużym, brzydki swetrze. Sama lekko się chwiała od impetu z jakim aportowała się spowrotem do domu w swoich zniszczonych, mugolskich trampkach

- Nie wierzę.

Dopiero teraz poczułem, jak całe napięcie ze mnie schodzi. Usłyszałem za sobą kroki.

- Silene.

Spojrzałem na blondyna, który wyglądał jakby miał się popłakać ze szczęścia. Jednak coś z nią było nie tak. Wyglądała tak, jakby myślami znajdowała się gdzieś daleko poza ciałem. Dodatkowo ten spokój był... nieludzki.

- Udało się... - powiedziała.

Nie była sobą. Nawet jej oczy się zmieniły z błękitu na szary. Spróbowała zrobić krok, lecz osunęła się na ziemię.



...i to był epilogo-prolog.

Wkraczamy już w "Insygnia Śmierci" a wydarzenia z tego "łącznika" dzieją się rankiem 1. sierpnia 1996 roku, jeszcze przed weselem Billa i Fleur oraz w nocy tydzień później.

Szczególnie w pierwszych rozdziałach może być trochę skakania w czasie, ale zawsze postaram się to uwzględnić w krótkiej notatce dla was pod rozdziałem.

buzi

Hereditatem |d.mOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz