Rozdział 26

695 54 15
                                        

- Panno Zabini.

Mruknęłam niezadowolona.

- Panno Zabini - ktoś szturchnął mnie w ramię.

Poderwałam się i lekko skołowana rozejrzałam się po otoczeniu. Byłam w Skrzydle Szpitalnym przy łóżku Draco, a obok mnie stał Dumbledore.

Cholera.

- Profesorze Dumbledore, ja... - zaczęłam nerwowo.

Byłam strasznie zestresowana. Przychodząc tutaj złamałam przynajmniej dziesięć zasad zapisanych w regulaminie.

- Tobie też dzień dobry, Silene - uśmiechnął się.

Spojrzałam zdezorientowana na niego. Dyrektor wcale nie wyglądał jakby miał wlepić mi szlaban za szwendanie się po nocy i nie stosowanie się do poleceń nauczyciela. Widząc moje zmieszanie postanowił kontynuować.

- Co z panem Malfoyem? - spytał.

- Dobrze... Tak myślę - powiedziałam niepewnie.

Co prawda kryształ z naszyjnika wrócił do względnie normalnej temperatury, ale nie zmieniało to faktu, że Draco dalej się nie obudził. Nie miałam pojęcia, czy w ogóle się obudzi.

- Dobrze wiesz, że nie chodzi tylko o jego stan fizyczny.

Nie. O nie mógł...

Uniosłam brwi. Skąd on wiedział o tym, że pomagam Draco? Owszem, rodzice mówili mi, że Dumbledore jest świadomy planu Czarnego Pana, ale że wiedział też o mnie?

Starzec zaśmiał się widząc moją reakcję.

- Myślę, że to nie jest odpowiednia rozmowa na to miejsce.

Mężczyzna podniósł się i tym samym dał mi do zrozumienia, że czeka mnie rozmowa w jego gabinecie.



Rozejrzałam się po okrągłym gabinecie. Wyglądał przytulnie, chociaż jak na mój gust był odrobinę za bardzo zagracony. Byłam tutaj pierwszy raz ze względu na to, że w ciągu tych prawie sześciu lat ani razu nie wpadłam w kłopoty poważniejsze niż przetrzymanie książki z biblioteki o całe dwa dni.

- Kawy? Herbaty? - spytał, przygotowując sobie dziwnie wyglądające zioła.

- Nie, dziękuję - odmówiłam grzecznie.

W moje nozdrza uderzył specyficzny, ostry zapach. Zmarszczyłam nos zniesmaczona. Nie umknęło to uwadze dyrektora.

- To prawda, wywar z płatków Asfodelusa nie ma najprzyjemniejszej woni - zaczął - ale tylko on jest w stanie pomóc mi z tym problemem - powiedział, odsłaniając fragment szaty zakrywający sczerniałą dłoń.

- Dlaczego rana się nie goi? - spytałam zdziwiona.

Dumbledore miał ją od początku roku szkolnego, ale z dostępem do magicznej medycyny da się dokonać rzeczy niemożliwych. O wiele bardziej skomplikowanych niż uleczenie jednej dłoni.

- Powstała przez działanie czarnomagicznego zaklęcia, które było nałożone na horkruks Voldemorta - odparł.

Zmarszczyłam brwi. Czym do cholery był horkruks?

- Horkruksy to magiczne przedmioty, w których czarnoksiężnicy ukrywają swoje dusze. Daje im to częściową nieśmiertelność - wytłumaczył. - Ma to jednak ogromną cenę, muszą pozbawić kogoś życia.

Pokiwałam głową. To brzmiało jak magia ofiarna, czyli jeden z mroczniejszych rodzajów czarnej magii.

- Czemu mi to pan opowiada? - spytałam podejrzliwie.

Hereditatem |d.mOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz