Koniec października przyniósł gwałtowną zmianę pogody. Raptem ze słonecznej, jesiennej pogody wszystko zamieniło się w obrzydliwą szarość z przenikliwym zimnem. Czułam, jak wilgotne powietrze osadza się na mojej twarzy oraz tym cholernym błękitnym płaszczu.
Czarny Pan nie próżnował. Minął zaledwie miesiąc odkąd odwiedziłam Dom Salazara, a już musiałam znaleźć się tam z powrotem. Tym razem sprowadzić miała mnie tam jakże olśniewająca kobieta, Alecto Carrow.
Snape gdzieś zniknął. Tak po prostu wyparował tydzień temu i zostawił wolną rękę śmierciożercom w szkole. Nauczyciele, którzy zostali ze "starego" Hogwartu mieli dwa razy więcej roboty niż zwykle. W końcu w szkole nie było jedynego czynnika ograniczającego popleczników Czarnego Pana, więc karali uczniów jeszcze brutalniej i częściej. W zamku nie działo się dobrze.
- O co tym razem chodzi Czarnemu Panu? - spróbowałam nawiązać jakąkolwiek rozmowę.
Kobieta nawet nie odwróciła głowy w moją stronę, tylko dalej szła w kierunku granicy zaklęć ochronnych Hogwartu. Snape pewnie nie chciał aby ktokolwiek wchodził do gabinetu pod jego nieobecność, dlatego też byłam zmuszona przedzierać się przez błotniste, zdradliwe błonie.
- Ktoś został ranny - odpowiedziała lakonicznie.
Miała tą samą charyzmę co martwa dżdżownica. Zrezygnowałam z jakichkolwiek prób nawiązania rozmowy dłuższej niż jedna wymiana zdań.
Gdy przekroczyłyśmy granicę Zakazanego Lasu, chwyciła mnie i aportowałyśmy się do siedziby Czarnego Pana. Widząc te cholerne czarne drzwi chciało mi się wymiotować. Kobieta ignorując mnie otworzyła je i weszła do środka. Szłam za nią. Po raz pierwszy weszłam na piętro budynku. Było ono tak samo ciemne i mroczne jak parter. Zmarszczyłam brwi, gdy kobieta szła dalej na drugie piętro. To było dziwne, jednak nic nie powiedziałam.
Drugie piętro z kolei okazało się być najwyższą kondygnacją i było tu znacznie więcej światła niż na poprzednich poziomach. Znajdował się tu korytarz z mnóstwem drzwi. Nagle ktoś wyszedł z jednego z nich i unikając kontaktu wzrokowego ze mną, nerwowo skinął w moją stronę głową i zszedł na dół.
- Czy to..
- Tymczasowe kwatery śmierciożerców - przerwała mi kobieta, odwracając się pierwszy raz w moją stronę. - Dla rannych i ukrywających się. Oczywiście tych, którzy zasłużyli
W jej spojrzeniu była swego rodzaju pogarda, której nawet nie ukrywała. Denerwowało ją pewnie niańczenie jakiejś nastolatki, która i tak ma wyższą pozycję od niej. Nawet mnie to nie dziwiło.
Otworzyła drzwi do prosto urządzonego pokoju o, ku mojemu zaskoczeniu, jasnych, kremowych ścianach. Uniosłam zaskoczona brwi widząc kto leżał na łóżku.
- O cholera - wymamrotałam.
To był ten sam chłopak, który uśmiechnął się do mnie przed spotkaniem. Ten z loczkami i obco brzmiącym akcentem. Jego perfekcyjny wygląd został jednak zrujnowany przez kawałki szkła znajdujące się w ramieniu oraz na części twarzy. Przy jego łóżku stał mężczyzna, który był obecny podczas zabójstwa Dumbledore'a.
- Dołohow - przywitała mężczyznę Alecto. - Co się mu stało?
- Prawie złapali ci zdrajcy krwi. Zakon Feniksa - splunął. - Uciekł, ale ci idioci rozwalili ścianę w mugolskim biurowcu. Trochę go poharatało przy aportacji. Czarny Pan mówił, że do jutra ma być na nogach - zwrócił się do mnie.
W odpowiedzi skinęłam głową. Spojrzenie zielonych oczu poszkodowanego było utkwione we mnie. Rozpoznał mnie. Dwoje śmierciożerców wyszło z pokoju, zostawiając mnie sam na sam z chłopakiem.
CZYTASZ
Hereditatem |d.m
FanfictionHereditatem (łac.) - dziedzictwo Silene jest dziedziczką założycieli Hogwartu, której zadaniem jest pomoc w obaleniu Czarnego Pana. Jednak wszystkie wydarzenie co raz bardziej odciągają ją od pierwotnego celu, przez co kończy pomagając pewnemu blond...
