Rozdział 27

640 50 4
                                        

- Nie będę brał żadnych durnych eliksirów dopóki jej tu nie będzie.

Wchodząc do Skrzydła Szpitalnego zobaczyłam, jak zmęczona pielęgniarka próbowała wcisnąć Malfoyowi mały kieliszek z zielonym eliksirem. Oczy wszystkich zebranych, czyli Snape'a, pani Pomfrey oraz samego poszkodowanego zwróciły się w moją stronę. Istny cyrk. Kobieta na mój widok westchnęła z ulgą.

- Silene... - chłopak zaczął.

Totalnie nie wiedziałam co odpowiedzieć, więc po prostu stałam. Zamurowało mnie. Ani razu nie wyobrażałam sobie jak ta całe spotkanie miało wyglądać. W końcu przed wypadkiem dość dosadnie dałam mu do zrozumienia, że nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Z tej niezręcznej sytuacji wybawiła mnie pani Pomfrey.

- Panno Zabini, mam nadzieję, że chociaż pani uda się przekonać pana Malfoy'a do tego, by pozwolił mi na dalsze działania - powiedziała marszcząc brwi. - Jego stan zdrowia znacznie się polepszył, ale nie zmienia to faktu, że nadal nie powrócił do pełni sił.

Rozbawiło mnie to. Przez ten jego cholerny upór zachowywał się momentami jak pięciolatek. Tak jak to było teraz.

- Jasne - odpowiedziałam cicho. - Czy... mogłaby pani zostawić nas samych? - powiedziałam, sama nie będąc pewna tego, czy chcę to robić. - Podam mu leki oczywiście.

Kobieta zawahała się, po czym wyszła razem z opiekunami z pomieszczenia. Wypuściłam głośno powietrze. Zawahałam się przez chwilę, po czym podeszłam do tacy z eliksirami i zaczęłam odmierzać odpowiednie dawki. Nic nie mówiłam z obawy, że jak zawsze palnę coś idiotycznego.

Co miałam niby powiedzieć? ''Przepraszam za to, że byłam głupia, ale robiłam to wszystko żeby ciebie chronić''? Brzmiało to idiotycznie nawet w mojej głowie. Kątem oka dostrzegłam, że Draco patrzył co robię.

- Naprawdę masz zamiar po prostu dać mi te leki i pójść? - blondyn przerwał ciszę.

Spojrzałam w jego stronę. Wyglądał o niebo lepiej niż dwa tygodnie temu. W przeciwieństwie do chłopaka z przed paru chwil był dziwnie obojętny. Zraniłam go, znowu.

- A co mogę dla ciebie więcej zrobić? - spytałam, dalej krzątając się przy eliksirach.

Prychnął i uśmiechnął się w ten nieprzyjemny, ironiczny sposób. Tylko Gryfoni mieli zaszczyt tego doświadczać.

- No nie wiem, jakby nie patrzeć prawie umarłem, a ty zachowujesz się jak... - przerwał kiedy zorientował się jak to zabrzmiało.

Uniosłam brew i wciągnęłam gwałtownie powietrze.

- Dokończ Malfoy - powiedziałam. - Jak się zachowuję? Jakby mnie to nie obchodziło? - spytałam chłodno. - Gdyby tak było, to raczej bym tu nie przyszła.

Blondyn zamilkł. Podałam mu miarkę  jadowicie zielonym płynem. Nie opierając się, wypił zawartość za jednym razem, lekko się przy tym krzywiąc.

- Przepraszam - powiedział po chwili.

Zignorowałam to i zaczęłam bawić się guzikiem przyszytym do mojej szaty. Chłopak widząc moją reakcję, a raczej jej brak, westchnął i kontynuował.

- Chcę po prostu wiedzieć co się z nami stało i... Czym tak właściwie jesteśmy? - spojrzał mi w oczy, lecz nie potrafiłam tego odwzajemnić.

Miałam mętlik w głowie. Chciałam wrócić do tego co było, ale cały czas się zmienialiśmy i nie mogło być przecież tak jak dawniej skoro nie byłam już tą samą dziewczyną, a on tym samym chłopakiem. Wolałam, żeby znalazł sobie kogoś normalnego. Kogoś, kto nigdy nikogo nie zabił. . Mógłby po prostu żyć, nie bojąc się, że zginie przez moją irracjonalną decyzję. Wzięłam wdech i już chciałam coś powiedzieć, gdy do środka weszła pani Pomfrey.

Hereditatem |d.mOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz