Twój uśmiech kiedyś koił mój ból,
Gdy w sercu szaleństwo
Twój szept pobudzał zmysły,
Dotyk dawał bezpieczeństwo.
Sekundy lecą jak piasek przez palce.
Jedno, o czym teraz marzę:
Choćbym nie wiem jaką cenę miał zapłacić
Chciałbym tych ziaren piasku całą plażę.
…Chciałbym nie musieć Cię tracić.
Słowa wylewały się mu z gardła wartkim, wdzięcznym strumykiem. Przy wyższych dźwiękach dało się dostrzec na jego szyi pojedyncze włókna mięśniowe. Ten utwór z pewnością należał do wymagających.
Podałam Dominikowi bidon z pozostałością wody ze szkoły. Oparł się o mur i wziął trzy hausty.
- Podoba mi się. – uniosłam brwi i uśmiechnęłam się.
- Mi niezupełnie. – Wzruszył ramionami odkleiwszy się od butelki.
- Mój tekst, czy twój śpiew?
- Tekst jest genialny. – szturchnął mnie łokciem. Zrobiło mi się miło, po czym spoważniałam. Wiedziałam, że zawsze był do siebie surowy, jeśli chodzi o śpiewanie.
- Ja nie mam zastrzeżeń. Jedyne to takie, że przez te wszystkie próby wysiądzie nam gardło. Czy tam przepona. – machnęłam ręką. - Nie interesuję się tym od strony anatomicznej.
Po chwili także oparłam się o mur i wzięłam łyk wody. Patrzeliśmy się przed siebie na ptaki, które walczyły o wyrzuconą kromkę chleba. Spojrzałam na zegarek, by kontrolować czas na powrót do domu. Wiatr zaszumiał liśćmi dookoła, a ja poczułam gęsią skórkę na rękach. Dominik odgarnął rozwianą grzywkę, która zaczynała mu doskwierać.
- Hej, patrz tam! – powędrował wzrokiem tam, gdzie pokazałam palcem, a ja korzystając z okazji rozmierzwiłam mu włosy z powrotem.
- Dzięki, pomogłaś. – wyszczerzył się spod kosmyków na twarzy.
Wtedy usłyszałam donośny i przerażający odgłos. Szczekanie było coraz głośniejsze. Stojąc jak wryta, gorączkowo rozglądałam się wokół, aż Czerny pies niespodziewanie pojawił się na ścieżce przed nami. Nawet nie wiem kiedy znalazłam się na plecach przyjaciela.
Wzdrygnął się, ale wystarczająco szybko zdążył złapać mnie za kolana, żebym nie spadła.
- Ty to masz refleks. –powiedziałam zakłopotana.
- Ty to masz odruchy. – dodał, podsadzając mnie wyżej. Z tej perspektywy zdałam sobie sprawę, jak mały był czarny pitbull i że wcale nie biegł na mnie.
- Ej, już mogę zejść przecież. – ze wstydu zrobiłam się czerwona jak korale babci Heli.
- Złap się mocno, czeka cię niebezpieczna przejażdżka.
- Nie! – zaoponowałam stanowczo.
Ruszył biegiem w głąb parku, a ja mocno oplotłam jego szyję i zamknęłam oczy ze strachu. Mimo, że okropnie się bałam, chciałam, aby ta chwila się nie kończyła.
…Aby piasek przestał lecieć przez palce.
***
- Aga, co ci jest?
Ujrzałam nad sobą twarz koloru otynkowanej ściany, którą owlekały czarne, krótko ścięte włosy.
- Musiałam przysnąć. – skłamałam zbudzona z rozmyślań – Coś mnie ominęło?
Wciąż miałam obawy, czy dziewczyna na pewno zdążyła dojść do siebie. Źrenice nadal miała wielkości główki od śrubki do pilota.
- Tu raczej nie ma cię co ominąć. – kucnęła i oparła głowę o ścianę. Wyglądała na tak zmęczoną, jak po całej nocy pracy fizycznej. Chciałam jej pomóc, ale nie wiedziałam jak.
- Lepiej ci? – zapytałam.
- Znowu mi coś wstrzyknęli? – spoglądając na mnie usiłowała utrzymać głowę prostą. – Coś było ze mną nie tak?
- Oj Kora. – uśmiechnęłam się na wspomnienie poranka. – Niezły miałaś odlot.
Dziewczyna westchnęła i położyła głowę na zgiętym kolanie. Gładziła się po głowie wytatuowaną ręką. Zdałam sobie sprawę, że w jakimś sensie ją polubiłam. Z początku nie żywiłam entuzjazmem na myśl, że muszę dzielić cztery ściany z wariatką, ale wtedy nie wyobrażałam sobie tkwić sama w pokoju z własnymi myślami.
- Bardziej mnie martwi, że coś tobie zrobię. – przejechała palcami po twarzy, naciągając skórę. – Albo kiedyś nawzajem się pozabijamy.
- Może lepiej. – wzruszyłam ramieniem. Kącik ust paradoksalnie powędrował mi do góry, kiedy zdałam sobie sprawę, że jestem zdolna wypowiedzieć takie słowa. Później przeklinałam się za to w myślach, ale po głębszym rozmyślaniu zdałam sobie sprawę, że raczej faktycznie nie ma co walczyć o coś więcej. – Wczoraj byłyśmy blisko.
Kornelia zdusiła chichot. Spojrzała kątem oka na moją reakcję, zasłaniając usta pięścią, lecz ja puściłam wszelkie blokady i skręcałam się ze śmiechu, zarażając towarzyszkę.
Po chwili usłyszałyśmy donośny trzask i odłamki szkła, sypiące się po ziemi. Wzdrygnęłyśmy się, a ja podbiegłam do okna, a raczej okno-podobnej szpary w ścianie. Kornelia musiała odczekać chwilę, by dojść do siebie po wstaniu z podłogi. Wciąż trzymając głowę, stanęła obok na palcach.
- Jak myślisz, co to mogło być? – zapytała.
- Zobacz tam! – wskazałam gęste krzewy, trzęsące gałęziami pod wpływem czyjejś obecności. Wytężając wzrok, dostrzegłyśmy przebłyski sylwetki chłopca w niebieskiej koszulce.
- Nie masz szans, uciekaj! – Kornelia wyszeptała zduszonym głosem, przegryzając opuszki palców. – Gnaj, przecież tu cię zobaczą!
- Nie…Nie, nie! – dodałam, gdy ujrzałam mężczyznę z pałką, wybiegającego z bramy.
- Nie mogę na to patrzeć. – Odparła ze łzami w oczach i obie odwróciłyśmy wzrok.
Dziewczyna przywarła do mnie i załkała mi w ramię. Nie miałam nic przeciwko temu i również ją objęłam. Dziwiło mnie jedynie to, że po tylu latach niewolnictwa została w niej ta wrażliwa część. Poznałam Kornelię z zupełnie oschłej, lodowatej strony i tkwiłam w przekonaniu, że w tym miejscu charaktery ludzi zlewają się w jedno, że tutejszym więźniom wszystko jest już obojętne. A jednak nie. Czy to kwestia tego, że większość była jeszcze dziećmi?
Tak samo jak ten chłopiec. On wierzył jeszcze w wolność.
- Ile mógł mieć lat? – poczułam mrowienie w policzku przez głos z zaciśniętego gardła Kornelii.
- Dziewięć? Dziesięć?
- Mój Boże. – ścisnęła mi bluzkę za plecami. – To równie dobrze mógł być Samuel.
- Kto?
- Mój brat miałby teraz właśnie tyle lat.
Przypomniała mi się historia z placu zabaw. Przycisnęłam dziewczynę mocniej, po czym puściłam.
- Często zdarzają się tu ucieczki?
- Oj tak. – odpowiedziała ocierając policzek wewnętrzną częścią dłoni. – Słyszałam tylko o dwóch udanych. Czasami więźniowie traktują to jak samobójstwo i z góry się na nie skazują.
- Może to jest dobry pomysł.
Kornelia skrzywiła się.
- Wszystko, albo nic. – wyjaśniłam. – W każdym razie wolność.
CZYTASZ
Mleko na papierze
Roman pour AdolescentsWkrótce potem biegliśmy szaleńczo przed siebie. Nasze stopy szeleszczały w trawie, a wiatr radośnie dmuchał w twarz, rozwiewając z niej włosy. Czułam się zdecydowanie lepiej mając przy sobie Jego wsparcie. To z Nim czułam się bezpieczna, nawet stoją...
