- Tato, stój!
- Co się stało?
- Zatrzymaj się! Natychmiast! – pokonując opór pasów, wyciągnęłam się do przodu i potrząsnęłam przednim siedzeniem.
- Jesteśmy na autostradzie, nie mogę. – odparł przez zęby.
- O co chodzi, zapomniałaś czegoś? – mama odwróciła głowę. – Jeśli to coś ważnego, możemy zawrócić dopiero na obwodnicy.
Nie mogłam czekać. Szarpałam zaciętymi pasami z całej siły. W końcu ustąpiły z kliknięciem.
- Skarbie, co ty wyprawiasz?! – głos mamy oziębnął i przybrał na sile.
Nie odpowiadając, wyjrzałam ostatni raz za szybę. Serce przyspieszyło mi tak, że na chwilę straciłam oddech.
Przerywane linie na asfalcie zlały się w jedną, pod wpływem prędkości pojazdu. Spod opon tryskała woda, roznosząc na jezdni kałuże, na których tworzył się trójkątny ślad torowy. Za nami ciągnął się cały korowód samochodów, mających na liczniku przynajmniej setkę.
Zawahałam się, ale tylko na chwilę. Tłumiąc wszystkie myśli i świadomość ogromnego niebezpieczeństwa i mojej głupoty, wzięłam głęboki wdech i starałam się nie patrzeć na ulicę. Mój układ wegetatywny pracował na pełnych obrotach. Kliknęłam przycisk na klamce samochodowej. Przeciąg szarpnął gwałtownie drzwiczkami, otwierając je na oścież i prawie urywając mi rękę, lecz ogromna siła wiatru zepchnęła mnie z powrotem na siedzenie.
- Cholera, Agata! – krzyczała roztrzęsiona mama, zagłuszając odgłos wiatru. – Ignacy stój! Zjedź gdziekolwiek! Szybko!
Tył samochodu był cały mokry. Lodowate krople, wielkości piłki golfowej, kłuły mnie jak szpilki. Nie widziałam nic. Słyszałam jedynie spanikowany głos mamy, świst wichru i klaksony. Cały koncert klaksonów.
Kucnęłam u progu drzwi, jedną ręką zasłaniając oczy, drugą trzymając framugi.
Teraz, albo nigdy.
Puściłam i odepchnęłam się nogami. Miotana porywistym wiatrem, upadłam twardo na mokry asfalt i poturlałam się intuicyjnie. Uchyliłam powiekę i odskoczyłam pod wpływem impulsu. Tuż przed czubkiem mojego nosa, świsnęła opona. Raz, drugi. Zachłysnęłam się falą wody z błotem, która właśnie chlusnęła mi w twarz. Sturlałam się jeszcze kilka metrów, aż wylądowałam na trawie. Próbując opanować atak kaszlu od wody i dymu spalinowego, przetarłam oczy.
Podniosłam się i zachwiałam na nogach. Wiatr był bezwzględny. Gdy odzyskałam panowanie nad ciałem, ruszyłam pędem przed siebie.
Ból przenikał dogłębnie przez każdą część mojego ciała. Tylko ramienia nie czułam. To ono zamortyzowało upadek. Docisnęłam łokieć do siebie drugą ręką i pędziłam dalej naprzeciw. Krople leciały mi prosto w twarz. Musiałam co jakiś czas przecierać powieki ramieniem, lecz za każdym razem, kiedy puszczałam zraniony łokieć, ból promieniował przez całą rękę aż do kręgosłupa.
Nie oglądałam się za siebie. Miałam jedynie nadzieję, że nie spowodowałam wypadku na autostradzie. Pokonując siłę wiatru, biegłam najszybciej jak umiałam. Nie liczyło się zmęczenie. Nie liczył się koszmarny ból. Liczył się Dominik.
Co prawda nie byłam pewna, czy to on i mogłam jedynie podejrzewać, co zamierzał zrobić. Jednak jeśli moje domysły okazałyby się słuszne, nie potrafiłabym żyć dłużej z myślą, że nie było mnie przy nim. Że znowu nie dałam rady zapobiec tragedii.
Błoto chlupało mi pod stopami. Robiło się coraz bardziej ślisko. W walce o równowagę moimi przeciwnikami były teraz wiatr, ból, krople deszczu oraz śliska powierzchnia. Nie wygrałam.
Poślizgnęłam się i upadłam na ranne ramię. Starałam się stłumić jęk bólu. Turlając się ze wzniesienia, syczałam przez mocno zaciśnięte zęby. Ból był nie do zniesienia. Nie wiedziałam, czy zdołam się jeszcze podnieść.
Wpadłam w głęboką kałużę. Gdyby nie okoliczności, pewnie zaśmiałabym się na myśl, że był to lepszy zjazd do basenu niż w parku wodnym. Podparłam się na jednej nodze i spróbowałam wstać. Łokieć i ramię tak mnie zapiekło, że od razu upadłam z pluskiem z powrotem. Przesiąknięte ubrania także nie sprzyjały łatwemu podniesieniu. Skuliłam się z bólu, jakbym chciała całym ciałem usztywnić rękę.
Ale nie mogłam dłużej leżeć w kałuży w pozycji płodowej. Nie teraz. Zacisnęłam szczękę jeszcze mocniej i podjęłam drugą próbę. Wstałam i wyszłam z dołku. Przetarłam oczy raz jeszcze i szlochając, popędziłam wzdłuż torów w kierunku mostu kolejowego.
Mimo lipcowego poranka, było mi niesamowicie zimno. Na zachmurzonym szarym niebie nie było widać przesmyku promieni słońca. Przez mokre ubrania czułam się nie tylko tonę ciężej, ale jakbym miała na sobie kombinezon z kostek lodu. Nie mogłam jednak zrzucić swetra, bo wiązało się to z poruszeniem ręką.
Mogła minąć zarówno minuta, jak godzina, lecz w końcu dotarłam na most. Wielkie krople wody połączone z gradem, dzwoniły o szyny, odbijając się echem wewnątrz mojej obolałej głowy.
- D…Domi…minik. – zawołałam słabym głosem przez szczebioczące zęby.
Nic. Spróbowałam nieco głośniej.
- Dominik!
Brak odpowiedzi. Rozejrzałam się wokół, spacerując poboczem mostu.
- Tutaj.
Stanęłam. Głos był ledwo słyszalny. Kiedy stwierdziłam, że tylko go sobie wyobraziłam, usłyszałam raz jeszcze.
- Na górze.
Podniosłam głowę i zastygłam w bezruchu. Przyjaciel siedział na przęśle cztery metry nade mną i machał nogami.
- Co ty, do diabła, wyprawiasz? – chciałam powiedzieć to pretensjonalnym tonem, ale nie umiałam się rozzłościć. Czułam raczej ulgę. – Zejdź, proszę.
Nie odpowiedział. Nawet nie spojrzał w dół. Wzrok miał skierowany przed siebie, a twarz nie zdradzała żadnych emocji. Również miał przemoczone ubrania i posklejane wodą pasma włosów.
CZYTASZ
Mleko na papierze
Teen FictionWkrótce potem biegliśmy szaleńczo przed siebie. Nasze stopy szeleszczały w trawie, a wiatr radośnie dmuchał w twarz, rozwiewając z niej włosy. Czułam się zdecydowanie lepiej mając przy sobie Jego wsparcie. To z Nim czułam się bezpieczna, nawet stoją...
