- Jesteśmy w pułapce. - jęknęłam.
Z bystrych oczu przyjaciela wyczytałam niepokój. Trybiki w naszych głowach włączyły pełne obroty.
- Tam! - wskazał stalowe rury przymocowane pod sufitem. - Złap się tego.
Osłupiałam.
- Pogrzało cię. Dosłownie.
Zignorował moją uwagę i pochylając się skinął głową na swoje plecy. Wahałam się przez chwilę, kiedy znienacka dym przeciął jaskrawy snop iskier, z którego kilka wylądowało na moim ramieniu sprawiając wrażenie kropelek żrącej substancji. Serce załomotało mi w klatce i skoczyłam na plecy przyjaciela, zaplatając ręce przed jego szyją. Czułam brzuchem jego napięte mięśnie i kościste łopatki.
- A teraz łap. - podsadził mnie wyżej. - Na raz, dwa...
Wyskoczył w górę z ugiętych kolan. Z całej siły złapałam rurę nade mną, upuszczając chustkę w morze płomieni. Pod wpływem temperatury nagrzanej stali o mało nie spadłam za nią.
Rura zadygotała i poczułam na szyi oddech Dominika. Złapałam się wygodniej i starając się nie patrzeć w dół, przełożyłam prawą dłoń przed lewą.
- Podkul nogi. Ogień wzbiera.
Wciąż nie mogłam uwierzyć jak pomimo okoliczności przyjaciel potrafił zachować zimną krew i jasność umysłu. Zastosowałam się do jego uwagi i kilka metrów dalej byłam za nią wdzięczna, bo płomyki łaskotały parząco moje kostki.
Powietrze przesycone dymem nie sprzyjało intensywnemu wysiłkowi. Zaledwie po kilku metrach odczułam olbrzymią potrzebę dostarczenia tlenu do płuc. Ramiona i plecy piekły mnie niemiłosiernie i zazdrościłam mojemu towarzyszowi silnych barków oraz doświadczenia w obciążaniu ich paczkami. Palące mięsnie rąk sprawiały wrażenie, jakby ogień w części przeniknął do ich wnętrza i wypalał mnie od środka. Zacisnęłam zęby z całej siły i dalej ciągnęłam do przodu motywując się widokiem promieni światła, które coraz gęściej przebijały mgłę. Musiałam się pilnować, bo mięśnie brzucha także zaczynały piec, jakbym trzymała na nim rozżarzony węgiel, co niesamowicie utrudniało przybieranie pozycji z podkulonymi wysoko nogami.
Ogień trzaskał i huczał pod naszymi stopami, jakby uporczywie nie chciał dopuścić do zapomnienia o jego obecności. Jego poziom gwałtownie wzrastał. Starałam się nie myśleć o oparzeniach na nogach i wtedy przypomniałam sobie o tym, że Dominik ma przecież dłuższe nogi ode mnie.
- Streszczaj się. - zza zaciśniętych zębów i zaczął nadawać urywany instruktaż. - Za dwa metry. Wejdziesz. Na framugę okna.
Ledwo usłyszałam wycharczane słowa. Kaszląc i jęcząc, uparcie przestawiałam naprzemiennie ręce do przodu. Straciłam czucie w poparzonych stalą dłoniach, które zaczynały ślizgać się po rurze i zsuwać z niej, co wcale nie ułatwiało zadania.
W pewnym momencie pot na dłoniach tak doskwierał, że za każdym razem puszczałam rękę, trzymając ciężar ciała tylko na jednej. Ból w całym ciele narastał, a ja płacząc walczyłam o każdy płytki wdech. Po upływie kolejnych sekund mój oddech był całkowicie uzależniony od ataków kaszlu. Kurczyłam zapalczywie oskrzela, żeby rozkurczając się wsysały namiastkę upragnionego powietrza.
- Teraz!
Spojrzałam w rozhukane morze płomieni pode mną i oceniłam odległość od okna. Wiedziałam, że nie mogę czekać ani chwili dłużej. Nie przez wzgląd na własne życie ale przez obecność Dominika wiszącego za mną, bez którego już dawno byłabym garstką popiołu. Rozbujałam się, zsunęłam z piskiem dłonie z rury i poleciałam prosto na okno, uczepiając się jego framugi. Fala chłodnego świeżego powietrza buchnęła mi w twarz, działając jak balsam na gryzące od dymu drogi oddechowe. Siadając obróciłam głowę do tyłu.
- Skacz, nie czekaj! - wycharczał chłopak przez zaciśnięte gardło.
Jak na komendę, odepchnęłam się od krawędzi otwartych drzwiczek. Odległość była niewielka i bez problemu wylądowałam na zgiętych nogach. Zakołysałam się i upadłam na trawę. Nie mogłam niczym ruszyć. Byłam skrajnie wyczerpana, a plecy i ręce wciąż piekły. Leżąc chwilę na suchej trawie wpatrywałam się zaspanym spojrzeniem w klatkę piersiową, która podnosiła się i opadała teraz na największych obrotach.
Trawa obok zaszeleściła znienacka, a jej ździbła ugięły się pod ciężarem czarnej postaci. Przeturlała się, obróciła głowę w moją stronę i jednym pociągnięciem zdjęła maskę z kapturem.
Do jego zarumienionej od wysiłku twarzy przyklejone były pasma wilgotnych, czekoladowych włosów. W brązowych oczach brata dostrzegłam błysk, po czym cała twarz zajaśniała mu uśmiechem. Również oddychał raptownie, krztusząc się co chwilę. Uspokoiwszy nieco oddech, nie spuszczając ze mnie radosnego spojrzenia, odnalazł moją dłoń w trawie i ścisnął ją mocno.
- Musimy iść. - oznajmił półgłosem, a jego twarz spoważniała. - Zaraz będzie wybuch.
Po tej informacji również osępiałam, a moje kończyny nagle odzyskały sprawność.
- Co?
Nie odpowiadając, podniósł się ciągnąc mnie za sobą i zmuszając do wstania.
Wkrótce potem biegliśmy szaleńczo przed siebie. Nasze stopy szeleszczały w trawie, a wiatr radośnie dmuchał w twarz, rozwiewając z niej włosy. Nie tak wyobrażałam sobie ten moment. Co prawda wszystko się zgadzało, jednak ja czułam się zdecydowanie lepiej mając przy sobie jego wsparcie. To z nim czułam się bezpieczna, nawet stojąc w samym środku katastrofy, w jakiej się znaleźliśmy. Miał w sobie coś takiego, co dawało spokój. Patrząc w jego oczy, zawsze pojawiał się głos z tyłu głowy zapewniając, że będzie dobrze. I za każdym razem ostatecznie miał rację.
Kiedy poczułam, że nie jestem w stanie dalej biec, puściłam jego rękę i oparłam się na kolanach. Spuściłam głowę czekając, aż oddech się wyrówna. Dopiero kiedy ją podniosłam, ujrzałam różową łunę na widnokręgu. Obszerną kamienną budowlę w całości otulił nieustępliwy ogień. Wtedy dopiero zdałam sobie sprawę jak daleko dobiegliśmy.
Usłyszałam za sobą chrzęst kamieni. W powietrzu uniosła się chmura kurzu i pyłu. Przyjaciel schylił się i zacisnął ręce wokół moich ramion. Przepłynął przeze mnie dreszcz radości.
Z nagła odepchnęłam go odruchowo i przechyliłam się z powrotem do przodu próbując opanować kaszel. Poczułam zdarte gardło i metaliczny posmak w ustach. Wyplułam ich zawartość, która ciągnęła się nitkami i spadała na piasek.
- W porządku? - Dominik położył mi rękę na ramieniu.
Kiwnęłam głową. Kucnął obok mnie, po czym odgarnął mi włosy z twarzy. Liczne kołtuny zaczepiały się o jego długie palce.
- Myślę, że jesteśmy wystarczająco daleko. - oznajmił patrząc w dal. - Nic nam nie grozi.
- Co ma nam jeszcze grozić? - zapytałam ochryple.
- Starałem się rozegrać to tak, abym miał czas na znalezienie cię i oddalenie się, zanim ogień dotrze do składu z acetonem. Źle oszacowałem. Zaczął rozprzestrzeniać się znacznie szybciej, niż przewidziałem. Wybuch powinien nastąpić lada moment.
- Chcesz powiedzieć że... - cofnęłam się krok. - To twoja sprawka?!
- Aga, ja wiem jak to brzmi, ale...
- Mogliśmy zginąć! - podniosłam głos. - I wszystkie te dzieci. I Kornelia. Jak... Jak mogłeś coś takiego zrobić?
Na myśl o Kornelii łzy napłynęły mi do oczu. Dominik zrobił krok w moją stronę, a ja odwróciłam się chcąc pobiec w gąszcz zbóż, lecz ten złapał mnie za rękę.
- Agata, pozwól mi to wyjaśnić.
- Jesteś okropny. Może faktycznie więzienie byłoby dla ciebie odpowiednim miejscem.
Zdając sobie sprawę z wypowiedzianych słów, poczułam wielki ciężar na sumieniu. Chłopak zastygł w miejscu i wbił we mnie zmartwione spojrzenie. Poluzował palce, a moja ręka wysunęła się z nich i zabujała mi bezwładnie koło biodra. Zdumiałam się, że mogłam powiedzieć coś tak bezmyślnego i pragnęłam, aby czas się cofnął. Nigdy nie widziałam Dominika tak onieśmielonego.
- Jezu, Domi... - zakryłam dłonią usta i zrobiłam krok w jego stronę. - Wybacz mi, proszę.
Odwrócił wzrok w stronę płonącego budynku. Słońce prawie zaszło, a czerwona łuna sprawiała wrażenie, jakby całe niebo również zajęło się ogniem. Zapach dymu unosił się w powietrzu.
Podeszłam od tyłu i wsunęłam ostrożnie palce między jego. Spodziewałam się, że wyszarpnie rękę. On jednak nic takiego nie zrobił.
- Przepraszam. - mój głos załamał się.
- To ja przepraszam. - westchnął. - Powinienem był inaczej ci to wytłumaczyć.
Zaznałam niesamowitej ulgi. Podkuliłam nogi i oparłam brodę o kolana. Dominik odgarnąwszy zboże, także usiadł, stykając podeszwy butów przede mną. Podziwialiśmy niebo płonące krwistą czerwienią przechodzącą w ciepły pomarańcz i róż.
- Uciekłem. - zaczął. - Uciekłem bo... Bo bałem się, że mnie zamkną za to co znaleźli. - parsknął z pogardą - Dezercja, jakich mało.
- Wcale ci się nie dziwię. - wychrypiałam cicho. - Gdybyś wrócił za kraty...
- Już nawet nie chodzi o nich. - machnął ręką przede mną, po czym z powrotem ją splótł z drugą. - Wtedy z góry wiadomo by było, że mama nie zbierze pieniędzy.
- A zebrała?
- Tak. Ale gdyby nie czyjaś pomoc, nie udałoby mi się. Ktoś wpłacił sporą kwotę. Z tego co wiem, mama przebywa już w klinice.
,,Tata?" - pomyślałam, a kącik moich ust nieświadomie powędrował do góry.
- Wtedy w sądzie wiedziałem już, że w toalecie znajduje się wyjście awaryjne, do którego zamek jest zepsuty. Nie trudno więc wydostać się na zewnątrz. Problemem było ukrywanie się przed łapaczami w okolicy, do momentu aż nie zbiorę całej kwoty na operację. Albo dopóki... - zaczął nerwowo bawić się palcami. - No wiesz. W każdym razie nadal byłem wkręcony w narkotyki. Codziennie rano dawali mi nowe działki i rozliczali z dnia poprzedniego. Miałem z tego spory zysk i... - przerwał.
- I co? - obróciłam głowę. Jego twarz otulona była ciepłym żółtym blaskiem, a w tęczówkach jaśniały jaskrawe płomienie z oddali.
- Miałem też bonusy. - spuścił głowę i dodał po chwili milczenia - Strasznie mi głupio.
Otworzyłam szeroko oczy. Nie spodziewałam się tego po Dominiku, lecz nie chciałam go przytłaczać. Wiedziałam, że jeśli pani Justyna nie przeżyje, będę jedyną osobą, która ma jego zaufanie. A on moje. Czułam wewnętrzną potrzebę wsparcia. Ścisnęłam go za rękę.
- Pomagało ci to?
- Nie. - odparł bez namysłu. - Ale sprawiało, że problemy na chwilę były... - machnął ręką naśladując ruch wycieraczek - jakby za mgłą. W pewnym momencie nawet miałem wrażenie, że słyszę twój głos. Jakbyś mnie wołała.
Drgnęłam na wspomnienie pamiętnego wieczoru.
- Chyba byłem wtedy w parku...? - przerwał. - Zresztą po co ci to mówię.
Nie mogłam uwierzyć, jak dużo mnie ominęło. Próbowałam sobie wyobrazić, jakby nasze losy się potoczyły, gdybym nie została porwana. Przeklinałam w myślach całą społeczność Gradla i miałam szczerą ochotę, aby nie zdążyli uciec przed dziko rozsianymi płomieniami.
- Kiedy dowiedziałem się o twoim porwaniu - przyciągnął mnie bliżej, dociskając do klatki piersiowej. Czułam na plecach spokojne bicie jego serca. - Starałem się przekupić Ivana, żeby cię wypuścił, lecz on był nieugięty. A moja zemsta jest konkretna.
- Tak, myślę że wszyscy się o tym przekonali.
- Rozstawieni wokół policjanci powinni już schwytać uciekinierów. - w jego głosie nie usłyszałam nawet nuty satysfakcji. Był bardziej zafrasowany, jakby wciąż kalkulował, czy dobrze wykonał zadanie. - Będąc jednym z członków bandy, miałem dostęp do kluczy. Otworzyłem wszystkie pokoje i ostrzegłem przytomnych o pożarze. Ciebie jednak nie było w żadnym z nich.
Nie spodziewałam się, że akcja była tak dobrze zaplanowana, źle go oceniłam. Przypomniało mi się, jak wylałam butelkę z acetonem w laboratorium i jak wielkie tym wywołałam zamieszanie. W pamięci, jak z magnetofonu, odtworzył mi się dźwięk niskiego głosu Kła: ,,Ciesz się, że nie było ognia w pobliżu".
- Widziałeś Kornelię? Udało jej się uciec? - rozpaliła się we mnie iskra nadziei.
- Dziewczynę z twojego pokoju? Tak, jedyna odpowiedziała twierdząco na pytanie o ciebie, jednak nie potrafiła powiedzieć, gdzie możesz być. Słyszała o nieudanej próbie ucieczki. Kazałem jej jak najszybciej powiadomić resztę więźniów. Sam zostałem w waszym pokoju, mając nadzieję, że pomyślisz o niej i przyjdziesz.
- Dobrze mnie znasz. - uśmiechnęłam się nieśmiało.
- Nie, po prostu tylko ludzi z dobrym sercem łatwo przewidzieć zamiary.
Poczułam kwitnący rumieniec na policzkach i odwróciłam głowę. Chwilę później jednak spoważniałam.
- A jeśli jednak bym nie przyszła? Nie powiesz przecież, że czekałbyś dłużej.
Wzruszył ramionami. Łzy napłynęły mi do powiek, ale nie byłam w stanie ocenić, czy ze względu na oddanie Dominika, czy przez dym, nieustannie drapiący w oczy.
Czułam się zakłopotana. Wiedziałam, że będę musiała powiedzieć mu prawdę o naszej rodzinie i brałam pod uwagę możliwość, że mogę nie mieć prędko okazji do rozmowy z bratem. Byłam świadoma, że sąd pociągnie go do odpowiedzialności, a wtedy będę musiała czekać na zezwolenie na widzenie.
- Słuchaj, jest rzecz, o której powinieneś już dawno wiedzieć.
CZYTASZ
Mleko na papierze
Teen FictionWkrótce potem biegliśmy szaleńczo przed siebie. Nasze stopy szeleszczały w trawie, a wiatr radośnie dmuchał w twarz, rozwiewając z niej włosy. Czułam się zdecydowanie lepiej mając przy sobie Jego wsparcie. To z Nim czułam się bezpieczna, nawet stoją...
