I FOUND AN ANGEL #34

52 1 0
                                        

GABRIEL

Minęły dwa dni .
Dwa dni od kiedy nie kontrolowałem Lilly . Nie sprawdzałem co z nią się dzieje od dwóch pierdolonych dni .
Przez co ? Przez kogo ?
Przez siebie samego .
Praca tak bardzo mnie pochłonęła że nie mogłem nic zrobić . Byłem rozdarty pomiędzy Lilly a interesami . Wiedziałem , że Lilly jest dla mnie najważniejsza . Jednak teraz musiałem poświęcić całą uwagę interesom a mimo to, ten pieprzony telefon nie przestawał milczeć.
Nie było żadnej wiadomości. Żadnego znaku. Żadnego „jestem", „żyję", „potrzebuję cię". Tylko cisza, która wbijała się pod skórę jak szpilki. I choć sam wyłączyłem się na dwa dni, teraz czułem, jakby to była wieczność. Jakby zostawił ją tam — samą, z demonami, które znała lepiej niż ja.
W środku coś mnie żarło. To nie był zwykły niepokój. To była wina. Głęboka, zimna, dusząca.
Bo przecież obiecałem. Że będę. Że jej nie zostawię. Że dopóki oddycham, nie pozwolę, by znów poczuła się samotna. I co zrobiłem? Odwróciłem się. Nawet jeśli na chwilę — dla niej to mogło być za dużo.
Nie wiedziałem, co zastanę, gdy znów zapukam do jej drzwi. Czy otworzy? Czy w ogóle mnie jeszcze chce widzieć?
Nie wiem, czy bardziej bałem się o nią... czy tego, że mogłem właśnie stracić jedyną osobę, dla której to wszystko miało jeszcze jakiś sens.
Wyciągnąłem telefon i napisałem jedno zdanie:

„Lilly... powiedz tylko, że żyjesz."

Potem wstałem. Nie mogłem siedzieć. Nie mogłem czekać. Czasem człowiek musi rzucić wszystko, zanim będzie za późno.
Zacząłem chodzić w kółko po pokoju. Telefon wciąż w dłoni, jakby od samego ściskania miał wymusić odpowiedź. Ale ekran pozostawał martwy. Minuty ciągnęły się jak godziny.
Każdy scenariusz przebiegał mi przez głowę. Może zemdlała. Może znów coś się stało. Może ten pieprzony Max wrócił. Może to ja... może ja po prostu zawiodłem.
Znowu.
Chciałem być jej oparciem, a wyszło jak zawsze — praca, spotkania, kłamstwa, telefony. Wszystko ważniejsze niż ona. Jakbym sam przestał widzieć, co ma prawdziwą wartość.
Ona była priorytetem. Zawsze. A teraz? Dwa dni milczenia. I to nie jej. To moje milczenie zabiło tę ciszę.
Złapałem kurtkę. Nie mogłem już stać. Musiałem jechać. Nieważne, co powie. Nieważne, czy mnie wyrzuci. Nawet jeśli miałbym tylko spojrzeć jej w oczy i usłyszeć, że mam wypierdalać — chciałem się upewnić, że jest.
Bo jeśli coś jej się stało... nigdy sobie tego nie wybaczę.
Wyszedłem z mieszkania, drzwi trzasknęły za mną jak wyrok.
Deszcz padał. Idealnie. Pasował do wszystkiego, co miałem w środku.
I tylko jedno biło mi w głowie, jak mantra, jak modlitwa:

„Lilly... nie odchodź."

Zbiegłem po schodach jak w transie. Deszcz spływał mi po karku, kurtka przemokła już dawno, ale nie miałem czasu, by o tym myśleć. Tylko jedno miejsce miało teraz znaczenie . Jej dom.
Zatrzymałem się przed jej drzwiami , serce łomotało jak oszalałe. Dłoń zadrżała, zanim zapukałem.
Raz.
Dwa.
Trzy szybkie uderzenia.
Nic.
Cisza.
Cisza, która paliła gardło.
— Lilly... — szepnąłem do drewna. — Proszę, otwórz. To ja. Gabriel.
W środku było cicho. Ale... coś.
Jakby szurnięcie. Cichy oddech? Może złudzenie. Może rozpacz wzięła się za halucynacje.
Zapukałem jeszcze raz, mocniej.
— Wiem, że się boisz. Wiem, że mnie może nienawidzisz. Ale błagam cię, jeśli słyszysz to daj znak. Cokolwiek.
Po chwili najpierw delikatnie, niemal niezauważalnie zamek drgnął. Kliknięcie. Drzwi otworzyły się może na pięć centymetrów. Tyle wystarczyło, bym zobaczył jej piękne oczy.
Czerwone.
Zmęczone.
Zgaszone.
Ale żywe.
— Lilly... — wydusiłem, robiąc krok bliżej, nie wchodząc. Nie naciskając. Uważałem żeby jej nie spłoszyć .
Ona nie powiedziała nic. Patrzyła na mnie . W jej oczach mieszało się wszystko: strach, ból, ulga, żal, tęsknota.
I wtedy — bez słowa — puściła drzwi szerzej. Nie przytuliła mnie .Nie rzuciła się na szyję. Po prostu cofnęła się o krok, pozwalając mi wejść.
To był jej sposób na powiedzenie:
„Potrzebuję cię."
„Jeszcze nie umiem, ale chcę."
„Nie odszedłeś."
Zdjąłem mokrą kurtkę i powoli, niemal bezgłośnie, usiadłem na podłodze obok niej. Nie dotykałem jej . Nie pytałem .Po prostu byłem.
I przez długie minuty żadne z nas się nie odezwało. Ale w tej ciszy było więcej niż w tysiącu słów.

Bo czasem obecność to wszystko, co można komuś dać.

I found an angel Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz