LILLY
Siedzę na parapecie w ciemnym pokoju.
Zasłony zasunięte na oścież, jakby mogły odgrodzić mnie od świata, który już dawno przestał być bezpieczny.
Światło z ulicy ledwo przeciska się przez szczeliny materiału, rozlewając się słabo po podłodze jak niedopowiedziane wspomnienie.
Wszystko we mnie jest napięte.
Ciało – zamrożone.
Umysł – zbyt głośny.
Serce – zmęczone.
Kolana podciągnięte pod brodę.
Ręce zaciśnięte jakby miały mnie utrzymać w całości.
Nie wiem, jak długo już siedzę w tej pozycji.
Godziny? Dni?
Czas tutaj nie płynie – on się wlecze, rozciąga, kruszy mnie od środka.
Nie wychodzę z domu.
Nie mogę.
Bo co, jeśli znowu coś się stanie?
Co, jeśli tam – na zewnątrz – czeka na mnie ten sam koszmar w nowej twarzy?
Każdy dźwięk na klatce schodowej zamienia moje wnętrze w pole bitwy.
Każdy trzask, każde skrzypnięcie – to ostrze, które wbija się w moje plecy.
Zamieram.
Nie oddycham.
Czekam, aż minie.
Cienie za oknem nie są tylko cieniem.
One patrzą.
Obserwują.
Przypominają.
Ale mimo tego, mimo strachu, który zaciska się na mnie jak lina – sięgam po telefon.
Palce drżą.
Nie z zimna.
Z napięcia. Z lęku. Z potrzeby.
Ekran rozświetla moją twarz – po raz pierwszy od wielu godzin coś mnie dotyka.
Piszę.
Kasuję.
Piszę znowu.
Gabriel...
Proszę...
Potrzebuję cię.
Każde słowo to łamigłówka.
Nie chcę brzmieć zbyt słabo.
Nie chcę brzmieć zbyt dramatycznie.
Ale chcę, żeby zrozumiał.
Żeby poczuł.
Żeby... po prostu był.
Nie mam odwagi zadzwonić.
Jeszcze nie.
Głos mógłby mnie zdradzić.
Mógłby ujawnić, jak bardzo jestem na granicy.
Wiadomości to wszystko, co mam.
Mały pomost, zbyt wąski, bym się po nim przeszła – ale wystarczający, by wysłać echo.
Wołanie.
Szept.
Pomóż.
Gabriel obiecał, że będzie.
Że mnie nie zostawi.
Wczoraj był.
Stał pod moim domem.
Nie mówił nic – po prostu był.
Jak latarnia morska w sztormie.
Nie odezwałam się.
Nie miałam siły.
Ale to wystarczyło, by przez chwilę uwierzyć, że nie jestem sama.
A dziś?
Dziś go nie ma.
Nie przyszedł.
Nie napisał.
Nie spytał, czy żyję.
I nagle cała moja nadzieja zaczyna kruszeć.
Może się zmęczył?
Może uznał, że jestem zbyt zepsuta, zbyt trudna, zbyt milcząca?
Może zrozumiał, że nie da się mnie uratować?
A ja wciąż czekam.
Na jego wiadomość.
Na dźwięk kroków.
Na dowód, że komuś jeszcze na mnie zależy.
Bo po tym, co mnie spotkało, nie jestem już tą samą dziewczyną.
Tą, która się śmieje.
Która żartuje.
Która planuje weekendy i pije kawę w zatłoczonych kawiarniach.
Tamta osoba umarła.
Zostałam tylko ja.
I moje cienie.
Trauma nie jest dramatyczna jak w filmach.
Nie krzyczy.
Ona sączy się powoli – jak trucizna, która z dnia na dzień niszczy każdy skrawek nadziei.
Siedzi w ciele.
W skurczu ramion.
W szybkim biciu serca, gdy ktoś puka do drzwi.
W odruchowym odwracaniu wzroku.
Nie można jej wypłakać.
Nie można jej „przepracować" w tydzień.
Ona zostaje.
Każda noc to walka.
Nie ze światem.
Z samą sobą.
Zamykam oczy – wracają obrazy.
Ciemność.
Chłód.
Ręce, które mnie unieruchamiają.
Słowa, które brzmią jak wyrok.
Brak powietrza.
Paniczne myśli: to koniec.
Nie śpię.
Bo wiem, co mnie czeka, gdy zasnę.
Zapalam światło i siedzę w bezruchu.
Jak posąg.
Jak ktoś, kto dawno temu przestał wierzyć, że jutro może być inne.
Cisza boli bardziej niż krzyk.
Bo w niej słychać wszystko.
Każdą myśl. Każde wspomnienie. Każdy zawód.
Psychicznie – jestem jak porcelana.
Z zewnątrz niby cała.
Ale w środku?
Popękana.
Milion razy.
Tylko cicho, żeby nikt nie usłyszał, jak się rozsypuję.
Unikam dotyku.
Unikam ludzi.
Unikam siebie.
Ale gdzieś, bardzo głęboko – coś się tli.
Nie nadzieja.
Nie jeszcze.
Ale opór.
Życie.
Nie pozwalam się złamać. Jeszcze nie.
To właśnie ten cichy głos, który mówi: pisz.
Proś.
Walcz.
Oddychaj.
Dlatego wciąż piszę do Gabriela.
Wciąż próbuję coś z siebie wydobyć.
Jak krzyk przez zaciśnięte gardło.
W swoim tempie. W swoim rytmie.
W swojej ciemności.
Nie wiem, o co walczę.
O siebie?
O niego?
O przeszłość, która już nie wróci, czy o przyszłość, której się boję?
Bo trauma nie kończy się, kiedy przestaje boleć ciało.
Ona dopiero wtedy się zaczyna.
Cicho.
Ukryta.
I nikt nie widzi, jak naprawdę wygląda.
Jak wygląda osoba, która przeżyła – ale nie wróciła.
Ale ja wciąż tu jestem.
Niepełna.
Złamana.
Ale obecna.
I może właśnie to jest początek.
Nie powrót.
Nie uzdrowienie.
Tylko istnienie, które nie zgasło.
Jeszcze nie .
CZYTASZ
I found an angel
RomanceCzy anioł może uratować demona ? A może demon uratuje anioła ? Lily prowadziła zwykłe życie , studia , praca , studia i tak wkoło. Aż do momentu aż pojawił się on . On pomógł jej wyrwać się z rąk szatana . A może to właśnie on stworzy z jej życi...
