I FOUND AN ANGEL #37

61 1 0
                                        

GABRIEL

Delikatnie zamknąłem za sobą drzwi. Przez chwilę nie potrafiłem od razu odejść. Zatrzymałem się, opierając czoło o chłodną ramę. W środku mój anioł  siedział na kanapie, otulony kocem, z kubkiem herbaty, który ledwie utrzymywał w dłoniach. Dygotał . Nie tylko z zimna. Z lęku. Z bezsilności. Ze wspomnień, których nie potrafił wyciszyć.
A ja nic nie mogłem  z tym zrobić.
Patrzyłem na Lilly przez szybę, czując, jak coś we mnie pęka. Powoli , bez dźwięku. Chciałem zostać. Chciałem zostać cholernie mocno. Posiedzieć obok niej w ciszy. Pozwolić jej oprzeć się o moje ramię, tak jak przed chwilą. Czuć ciepło jej włosów na szyi. Słuchać, jak oddech powoli wraca do rytmu. Byłem przy niej w tej chwili – naprawdę przy niej – i czułem że to jedyna rzecz, która trzyma mnie  jeszcze w całości.
Ale nie mógłem
Nie w tym życiu. Nie z tym, co na mnie czeka za drzwiami.
Westchnąłem cicho. Ostatni raz spojrzałem na Lilly .
Jej zapuchnięte oczy, zaciśnięte dłonie na kubku, samotność bijącą z całej sylwetki.
A potem ruszyłem.
W stronę swojego świata.

Czarne auto stało pod domem jak cień przeszłości. Otworzyłem drzwi i właśnie wtedy zadzwonił telefon.
– Mów – warknąłem, jeszcze nie wracając w pełni do roli, którą musiałem grać codziennie.
– Mamy go. – Głos Zaca był suchy, bez emocji. – Jeden z ludzi Conrada. Złapaliśmy go przy porcie. Próbował uciekać.
Przymknął oczy. Oddech zwolnił.
– Żyje?
– Na razie.
Odsunąłem się od kierownicy, spojrzałem na dom za sobą. Chciałem znów wejść do środka. Złamać wszystkie zasady, które kiedyś sam ustanowiłem.
Ale zamiast tego odpaliłem silnik.
Mój głos stał się zimny jak stal:
– Zacznij rozgrzewać sprzęt. Zaraz jadę.
Zatrzasnąłem drzwi samochodu, a z mojej duszy odpłynęła resztka ciepła, którą dała mi Lilly. Teraz znów byłem tylko maszyną do przetrwania. Zabijania .

                                      ***

Silnik mruczał nisko, a światła miasta odbijały się w szybie jak niewyraźne wspomnienia. Jechałem szybko, ale nie agresywnie. Ulica była pusta, cicha – tylko moje myśli krzyczały.
W lusterku wstecznym wciąż widziałem dom Lilly. Choć minęły już kilometry, obraz nie znikał.
Zacisnąłem dłonie mocniej na kierownicy. Próbowałem nie myśleć o tym, jak jej ciało drżało, kiedy trzymałem ją za rękę. Jak ledwie potrafiła spojrzeć mi w oczy. Jak odsuwała się, mimo że była tak blisko. Jakby miała wrażenie, że każde dotknięcie z mojej strony może znowu zaboleć.
To nie był pierwszy raz, kiedy ktoś cierpiał z mojej winy.
W głowie wrócił obraz mojej matki. Tamta noc, której nie zapomniałem i nigdy nie wybaczyłem . Noc, w której Conrad przekroczył granicę, zza której nie było już odwrotu.

*Jechał wtedy jak wariat, gdy dostałem ten telefon. Od sąsiadki. Od kobiety, która drżącym głosem powtarzała tylko jedno:
– Ona nie żyje, Gabriel... on ją zabił...
Pisk opon. Drzwi wybite kolanem. I cisza. Straszliwa, nienaturalna cisza w mieszkaniu, które jeszcze kilka godzin wcześniej pachniało świeżą kawą i ziołami z parapetu.
A potem — krew. Wszędzie. Na podłodze. Na ścianie. Na firance, którą jego matka szyła własnoręcznie.
Nie byłem w stanie podejść do jej ciała. Stałem sparaliżowany, czując tylko to jedno uczucie: bezsilność, która paliła mnie od środka. I w tej bezsilności urodziła się zemsta. Nie wykrzyczana. Nie teatralna. Cicha. Zimna. Nieubłagana.
To Conrad odebrał mi matkę. Zniszczył moją rodzinę. Zabierając mi siostrę na ponad dziesięć lat i matkę .
Obiecałem sobie że jak tylko go znajdę . Zetrę go z powierzchni ziemi .
Obietnice miałem w niedalekiej przyszłości dotrzymać .

                                    ***

Podjechałem pod stary, opuszczony magazyn na obrzeżach miasta. Serce waliło mi tak mocno, że miałem wrażenie, jakby chciało roztrzaskać żebra. W gardle czułem suchość, a każdy oddech był ciężki i nierówny. Przepełniała mnie mieszanka złości, strachu i bezsilności — uczucia, które znałem zbyt dobrze, a które teraz paliły od środka jak rozżarzony węgiel.
Zamknąłem oczy na chwilę, próbując ujarzmić to, co kipiało we mnie niczym wulkan tuż przed erupcją. Wiedziałem, że zaraz stanie twarzą w twarz z człowiekiem któremu muszę wyrządzić ból . Czułem się potwornie — jakby sam stawał się cieniem tego, co kiedyś było . Tego jak kiedyś przetrzymywałem tu Lilly . Ale nie mógłem się wycofać.
Wysiadłem z samochodu i ruszyłem pewnym, twardym krokiem w stronę magazynu.

Wnętrze magazynu było surowe i nieprzyjazne. Chłodne powietrze przeszywał zapach rdzy i oleju. Na środku, przy metalowym krześle, siedział mężczyzna. Półnagi, z twarzą pokrytą siniakami i zadrapaniami, usta miał zaklejone taśmą, ręce skrępowane za plecami. Na betonie pod nim rozlewała się świeża plama krwi.
Zac stał w cieniu, w rękawiczkach, przy stole zastawionym narzędziami: obcęgami, skalpelem, rozgrzanym metalowym prętem, młotkiem i butelką z solanką.
Wszedłem bezszelestnie. Spojrzałem na mężczyznę, a potem zwróciłem się do Zaca:
— Mówi coś, czy dalej milczy?
Zac wzruszył ramionami.
— Krzyczał, aż pękały mu płuca, ale nic konkretnego nie powiedział. Zemdlał, gdy zobaczył gwoździe.
Podszedłem bliżej, uklęknął przy ofierze.
— Posłuchaj mnie uważnie — powiedziałem spokojnie, ale z naciskiem. — Nie chcę twojej śmierci. Chcę znaleźć Conrada. Żywego. Ty jesteś kluczem do tego.
Mężczyzna spojrzał na mnie z paniką w oczach. Zac zdjął taśmę z jego ust, która oderwała kawałek skóry.
— Nie wiem nic — wycedził. — Przysięgam... Conrad zniknął, nikt nie wie, gdzie jest...
Zac spojrzał na mnie . Czekał na mój znak . A ja mu go dałem .

Stałem  w cieniu, obserwując, jak Zac przygotowuje się do przesłuchania. Na stole leżały narzędzia, które miały złamać milczenie więźnia — obcęgi, skalpel, rozgrzany metalowy pręt. Zac sięgnął po pierwsze z nich, a mężczyzna na krześle zaczął drżeć z przerażenia.
Najpierw Zac sięgnął po rozgrzany pręt, który z cichym syknięciem dotknął skóry przy stopie więźnia. Człowiek zadrżał, wstrzymał oddech, a potem wyrwał z siebie przeraźliwy skowyt bólu.
– Gdzie jest Conrad? – zapytał Zac beznamiętnie.
Brak odpowiedzi.
Zac szybko przesiadł się na inny sposób. Obcęgi zacisnął na palcu mężczyzny i powoli, niemal rytmicznie zaczął je ściskać, każąc więźniowi poczuć każdy ucisk, każdy ból.
Pojawiły się pierwsze łzy, błagania o litość, ale twarz mężczyzny pozostawała zatwardziała, zaciśnięta w mur milczenia.
Zac odsunął obcęgi i sięgnął po skalpel, którym z zimną precyzją naciął lekko skórę na przedramieniu. Krew powoli zaczęła spływać po ranie, a mężczyzna zaczął tracić kontrolę nad sobą.
– Mówi! – szepnąłem z boku, moj głos był lodowaty i pełen gniewu.
Ale więzień wciąż milczał.
Wtedy Zac wziął do ręki butelkę z solanką. Polał nią świeże rany, a z twarzy więźnia wyrywał się jeszcze bardziej rozpaczliwy krzyk.
Wiedziałem , że jeśli tak dalej pójdzie, mężczyzna nie przetrwa długo. Mimo wszystko — ten ból miał wyciągnąć prawdę, a prawda była tym, czego potrzebowaliśmy .
– Gdzie. Jest. Conrad. „ zapytał Zac
– Mówię! – wrzasnął w końcu. – Jest w apartamentowcu! Stary budynek przy Dock 19! Ochrona! Kod dostępu 5893! Przysięgam!
Cisza.
Spojrzałem na Zaca.
– Zostaw go żywego. Może jeszcze się przyda.
Odwróciłem się i ruszyłem w stronę wyjścia. W dłoni wyjąłem telefon i napisałem krótką wiadomość:

„Mam twojego człowieka. Mówił. Nadchodzę. – G."

                                    ***

Siedziałem za kierownicą, palce zaciskałem na kierownicy tak mocno, że białe knykcie zdradzały napięcie, które mnie ogarnęło. W głowie cały czas krążyły słowa więźnia „ Jest w apartamentowcu! Stary budynek przy Dock 19! Ochrona! Kod dostępu 5893! „
Podjechałem pod masywny apartamentowiec – szary, chłodny budynek z wysokimi szybami, odbijającymi szarą, zachmuraną taflę nieba. Drzwi wejściowe były zamknięte, a wokół panowała cisza, tak głęboka, że zdawała się wręcz niepokojąca. Nie było śladu życia – żadnych świateł, żadnych ludzi, żadnego ruchu.
Wysiadł z samochodu, rozejrzałem się uważnie. Pod budynkiem nie stał żaden samochód, żadna postać nie pojawiła się zza rogu. Cisza zdawała się ciężka i nienaturalna.
Powoli podszedłem do drzwi, sprawdzając, czy są zamknięte. Zamek był nienaruszony, ale przy odrobinie siły udało mi się je otworzyć. Wszedłem do środka.
Korytarz był pusty, oświetlony słabym, migającym światłem awaryjnym. Powietrze pachniało kurzem i wilgocią. Echo kroków odbijało się od ścian, dodając uczucia opuszczenia i samotności. Na ścianach widniały ślady starych plakatów i graffiti, a gdzieniegdzie odpadała farba.
Wiedziałem że nie znajdę tu nikogo, ale nie mógłem sobie pozwolić na żadne złudzenia. Musiałem być czujny – Conrad mógł tu wrócić o każdej chwili lub kryć się gdzieś głębiej w budynku.
Przeszedłem kilka korytarzy, zajrzałem do kilku mieszkań – puste, bez mebli, jakby ktoś się wyprowadził w pośpiechu. W jednym z nich zauważyłem porzucone papiery i rozrzucone śmieci, ale żadnych śladów życia.
Wyprostowałem się i rzuciłem spojrzenie w głąb korytarza. Cisza była tak głęboka, że niemal mogłem usłyszeć własne myśli.
„To pułapka" – pomyślałem ze złością.
Bez słowa wróciłem  do samochodu, gotów na dalsze kroki.

I found an angel Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz