I FOUND AN ANGEL #31

79 5 0
                                        

LILLY

Jestem w pomieszczeniu bez ścian. Tylko ciemność — gęsta jak kurz w płucach. Nie widzie gdzie jestem ale wiem jedno: nie moge się ruszyć. Nogi mam jak z kamienia. Ręce mam przyklejone do boków. Każdy mój oddech jest coraz płytszy, jakby powietrze uciekło, zanim zdołam je złapać.

Nagle w ciemności pojawia się cień. Widzę go .Postać bez twarzy. Zbliża się do mnie powoli. Nie słysze kroków, tylko puls w uszach — głośny, natarczywy. Jakby ktoś walił do środka mojej głowy.

Cień nie mówi nic. Wyciąga rękę. A wtedy wszystko we mnie zamiera. Gardło moje się zaciska. Nie czuje dłoni, ale duszenie jest realne. Jakby świat próbował się przeze mnie  przecisnąć, zmiażdżyć mnie chce od środka.

Szarpie się — myślą, wolą, ciałem, którego nie ma. Chce krzyczeć. Ale z ust nie wydobywa się żaden dźwięk. Tylko cisza. Gęsta jak błoto. Mój własny strach odbija się echem:
Nie oddychaj. Nie zasługujesz.

I wtedy — z drugiego końca przestrzeni — pojawia się światło. Maleńkie. Jak oko w ciemności. Ciepłe. Znajome.

Gabriel?

Otwieram oczy — we śnie i na jawie. Leże na  łóżku, spocona, serce bije jak szalone. Gardło boli, jakby naprawdę ktoś mnie trzymał.

Ale obok mnie pustka , cisza. I cień światła spod drzwi. Jakby ktoś jednak czuwał.

                                        ***

Otwieram oczy.
Czuje ciężar snu, jakby coś naprawdę się wydarzyło.
Jakby to nie był tylko obraz z nocy  ale prawda, której jeszcze nie potrafie wypowiedzieć na głos.

Po kilku minutach otrząsnęłam się i podniosłam się powoli z łóżka . Zanim jednak wstałam , spojrzałam na drugą stronę . Miałam nadzieję, że zobaczę śpiącego Gabriela . Niestety zamiast jego była pustka .
Wstałam z łóżka i skierowałam się do łazienki.
Na szczęście nie musiałam daleko iść . Drzwi do łazienki były w sypialni .

Włączyłam światło.
Popatrzałam w lustro.
I zamarłam .

Na pierwszy rzut oka – to ta sama twarz.
Ale zauważyłam wszystko, co się zmieniło.
W oczach – cień czegoś, co już tam zostanie.
W ramionach – napięcie, którego nie da się tak łatwo wyprostować.
Na szyi – siniaki które układały się w kształt doni .
Przez chwilę patrzałam
Obserwowałam długo.
Milczałam
Nie oceniałam się. Nie płakałam
Po prostu... widzialam.
Nie siebie , siniaki widzialam

To ja? Czy to naprawdę ja?
Te ślady... jak przypomnienie, że tamto wydarzenie było prawdziwe.
Nie chcę ich widzieć, a jednocześnie nie potrafię ich zignorować.
Czuję się jak obca dla samej siebie.
Chcę, żeby ktoś zobaczył więcej niż te siniaki.
Żeby zobaczył mnie — nie to, co zostało po tym, co mnie złamało.
Ale jak mam uwierzyć, że jestem więcej?
Jak mam uwierzyć, że mogę być silna, skoro te rany ciągle mnie bolą?

Może jutro będzie inaczej. Może jutro nauczę się kochać to odbicie.

Przymknęłam oczy żeby złapać oddech i zacząć trzeźwo myśleć i wtedy usłyszałam
-„ Jesteś piękna „ powiedział Gabriel .
Słysząc jego słowa odrazu spojrzałam w jego kierunku . Chłopak stał oparty o drzwi . Widząc go mimowolnie się uśmiechnęłam . Cieszył mnie jego widok .
W pewnym momencie Gabriel podszedł do mnie i stanął z tyłu mnie .
Oboje patrzeliśmy na siebie w lustrze.
-„Jesteś piękna" zaczął „Naprawdę piękna. Z tymi siniakami i bez nich . One są, i to wyraźnie. Ale to, co widzę, to coś znacznie głębszego. Siłę, której nie da się złamać, delikatność, którą chroni przed światem, i odwagę, która pozwala  nadal iść naprzód.Te ślady na twojej skórze to tylko fragment historii, a nie definicja twej wartości. W tobie Aniele jest coś więcej — światło, które rozświetla nawet najciemniejsze chwile. I choć czasem widzę cień smutku w twych oczach, wiem, że pod nim kryje się ogromna siła, którą chce chronić.Chciałbym, żebyś sama to zobaczyła, żebys uwierzyła, że jestes piękna nie pomimo, ale właśnie przez to, kim jest. I zrobię wszystko, by ci to przypominać, dopóki sama nie zaczniesz czuć." rzekł .

I w pewnym momencie przyszlo coś niespodziewanego:
czułość.
Gabriel chwycił moją dłoń i złożył na niej pocałunek . A moje oczy napełniły się łzami .
Łzami szczęścia .

Gabriel stał za mną jeszcze chwilę, jego dłoń wciąż trzymała moją.
W lustrze widziałam nas razem — tak zwyczajnie, a jednocześnie... po raz pierwszy naprawdę.
Nie uciekałam wzrokiem.
On też nie.
Potem odwrócił się cicho i powiedział:
— Zrobię herbatę. Chcesz miętową?
Kiwnęłam głową.
Nie odpowiedziałam słowami, bo głos nadal był zbyt kruchym mostem między tym, co czuję, a tym, co potrafię wypowiedzieć.
Po chwili zniknął w drzwiach.
Słyszałam jak stawia czajnik, jak szuka kubków w półmroku kuchni.
Zostałam sama.
Na chwilę oparłam się o chłodne kafelki. Zamknęłam oczy. Próbowałam zapamiętać ten moment — spokojniejszy od wszystkich poprzednich.
Bez krzyku, bez szarpania, bez cienia, który do tej pory przychodził zawsze, gdy zostawałam sama.
Po minucie wyszłam z łazienki i wróciłam do sypialni.
Było ciemno, ale światło z korytarza lekko wpadało przez uchylone drzwi. Wciąż czułam ciepło jego dłoni na swojej skórze.
Podeszłam do łóżka i usiadłam na brzegu.
I wtedy to zobaczyłam.
Karteczka.
Wystająca z jednej z jego książek, tej leżącej po jego stronie łóżka.
Nie była tam przypadkiem.
Została wsunięta starannie — jakby ktoś chciał, żeby została znaleziona... właśnie teraz.
Serce zaczęło mi bić szybciej.
Wyciągnęłam ją ostrożnie.
Już po kilku literach wiedziałam, że to jego pismo.
Gabriel.
Usiadłam głębiej na łóżku i zaczęłam czytać.

„Nie wiem, czy kiedykolwiek to przeczytasz.
Nie wiem nawet, czy powinienem to pisać.
Ale muszę, bo słowa, które noszę w sobie, zaczynają mnie palić od środka..."

Zamarłam.
Słowa... były inne niż wszystko, co wcześniej słyszałam.
Były surowe, osobiste.
Prawdziwe do bólu.
Czytałam, jak opisywał mój sen, moją ciszę, moje ramiona zaciśnięte wokół siebie.
Jak widział to wszystko, o czym milczałam.
Jak czuł... mój lęk.
I jak jego własny lęk zaczął przybierać kształt gniewu, którego nie potrafił już trzymać w sobie.
A potem przyszło to jedno zdanie.
Cięższe niż wszystkie inne.

„Nie zapomnę. Nie wybaczę. I nie będę ostrzegać."

Odetchnęłam płytko, zbyt płytko.
Ale nie z przerażenia.
Z ulgi.
Z bólu, który w końcu ktoś nazwał — i nie uciekł od niego.
I potem...
to ostatnie.

„Bo teraz, gdy śpisz — ja czuwam. I to wystarczy."

Zadrżałam.
Złożyłam list powoli.
Delikatnie.
Jak coś świętego, kruchego, żywego.
Przytuliłam go do piersi, jakby mógł mnie naprawdę ochronić.
I wtedy do pokoju wrócił Gabriel.
W dłoniach trzymał dwa kubki.
Zatrzymał się w progu.
Spojrzał na mnie — i już wiedział.
Zobaczył kartkę w moich dłoniach.
Nie powiedział nic.
Ale jego ramiona lekko opadły, jakby zszedł z niego ciężar, który niósł od dawna.
Postawił herbatę na szafce.
Chciał odejść, dać mi przestrzeń. Może bał się, co powiem. Może myślał, że będzie to za dużo.
Ale wtedy wstałam.
Podeszłam do niego.
Zatrzymałam go w drzwiach.
Wsunęłam dłoń w jego.
Spojrzałam prosto w oczy.
I powiedziałam tylko:
— Nie chcę, żebyś odchodził. Ani od siebie. Ani ode mnie.
— A jeśli masz to nosić sam... to pozwól mi być obok.

Nie zapytałam o zemstę.
Nie zapytałam, co zamierza.
Bo wszystko, co naprawdę chciałam wiedzieć — już mi powiedział.
Nie słowami.
Między wersami.

I found an angel Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz