GABRIEL
Siedziałem przy stole. Nie zapaliłem żadnego światła. Jedynym źródłem ciepła i blasku był płomień świecy, którą postawiłem obok kubka z niedopitą herbatą. Palce miałem splecione, jakby w modlitwie, choć do żadnego Boga nigdy nie mówiłem.
Od kilku godzin nie zmrużyłem oka.
Z tej perspektywy widziałem wszystko — jej nierówny oddech, lekko zaciśnięte palce przy krawędzi koca, włosy rozsypane na poduszce, i to napięcie, które nawet w śnie nie opuszczało jej ciała.
Spała, ale wyglądała, jakby nie ufała nawet własnemu snu.
Jakby bała się, że jeśli całkowicie się rozluźni, coś znów po nią sięgnie.
Patrzyłem na nią długo.
Milcząc.
Oddychając zbyt cicho, by ją obudzić, ale zbyt ciężko, by nie czuć, że mnie boli.
Chciałem do niej podejść. Dotknąć jej dłoni. Może pogłaskać po włosach. Ale bałem się.
Nie dlatego, że mogłaby się zbudzić.
Bałem się, że poczuje mój gniew. Że ten ogień we mnie , którego tak się wstydzę , dotknie jej skóry i przypomni wszystko, od czego próbowała uciec.
A potem spojrzałem na kartkę.
Chwyciłem długopis.
Nie dlatego, że wiedziałem, co chce napisać.
Ale dlatego, że nie mógłem już dłużej milczeć.
Napisałem pierwsze słowa, bardzo cicho, prawie szeptem pióra po papierze:
Nie wiem, czy kiedykolwiek to przeczytasz.
I wtedy coś się we mnie poruszyło.
Jakby ta jedna linijka odkręciła zawór, za którym przez tygodnie, miesiące, może lata — zbierało się wszystko, czego nie wypowiedziałem
Zerknąłem na nią raz jeszcze.
Jakaś część mej duszy miała nadzieję, że się poruszy, że otworzy oczy, że powie: „Przestań. Nie pisz. Jestem już bezpieczna."
Ale ona spała dalej.
Więc pisałem
Słowa spływały po kartce jak cienie.
Nie kalkulowałem, nie zatrzymywałem się, nie poprawiałem niczego .
To nie miał być piękny list.
To miała być prawda. Brutalna, naga, paląca.
Pisałem, gdy świeca zaczęła przygasać.
Pisałem, gdy noc przestawała być cicha — gdy psy szczekały gdzieś daleko, gdy wiatr poruszał firanką przy uchylonym oknie.
A ona nadal spała. I to było jedyne moje ukojenie.
Kiedy skończyłem, spojrzałem na kartkę i przez chwilę nie mogłem się ruszyć.
Przypominała mi broń — niebezpieczną, ostrą, ale i potrzebną.
Złożyłem ją.
Nie podpisałem.
Nie musiałem.
Położyłem ją ostrożnie, między stronami książki, którą czytała przed snem.
Wiedziałem, że tam zajrzy. Może nie dziś, może nie jutro — ale zajrzy.
Potem wróciłem na fotel przy stole.
Nie spałem . Nie mogłem .
Zbyt dużo czuwało we mnie tej nocy.
Nie nad nią.
Z nią.
Bo nikt nie zasługuje, by spać sam w cieniu dawnych demonów.
***
Nie wiem, czy kiedykolwiek to przeczytasz.
Nie wiem nawet, czy powinienem to pisać.
Ale muszę, bo słowa, które noszę w sobie, zaczynają mnie palić od środka.
Śpisz teraz. W końcu.
Oddychasz płytko, nieregularnie, jakbyś nawet we śnie nie potrafiła odetchnąć pełną piersią. Jakbyś wciąż uciekała — nawet wtedy, gdy twoje ciało już nie biegnie.
Leżysz tak cicho, drobna, z ramionami zaciśniętymi wokół siebie, jakbyś nadal musiała się bronić przed czymś, co powinno już dawno zniknąć.
I patrzę na ciebie.
W tej ciszy, w tym półmroku — wyglądasz, jakbyś nie należała do tego świata.
Jakbyś była zbyt krucha, by dźwigać to, co musiałaś unieść.
Ale właśnie dlatego jesteś najpiękniejsza.
Bo nie poddałaś się.
Nie zgasłaś.
Nie pozwoliłaś, by odebrano ci wszystko.
Tylko... boli mnie, że nie mogłem być wcześniej.
Że nie byłem wtedy.
Kiedy cię krzywdził.
Kiedy się bałaś.
Kiedy płakałaś, a ja nie miałem pojęcia.
Teraz już wiem.
I to wiedza, której nie potrafię w sobie unieść.
Czuję, jak w środku rodzi się coś, co nie powinno tam być. Coś ciemnego. Coś, co nie przypomina mnie.
To nie sprawiedliwość.
To zemsta.
I ona rośnie, z każdym twoim drżeniem, z każdą twoją łzą. Z każdą nocą, w której próbujesz spać, a twój umysł ciągle wraca tam, gdzie nigdy nie powinnaś była trafić.
Powiedziałaś:
„Nie zmieniaj się przez to. Proszę. Ja już nie chcę więcej ciemności."
Ale aniele ... ja już się zmieniłem.
Coś we mnie pękło.
Bo nie potrafię przejść obok tego obojętnie.
Nie umiem patrzeć ci w oczy i mówić: „To już przeszłość", skoro ta przeszłość śpi z tobą każdej nocy, oddycha ci za plecami, kładzie się cieniem na twojej skórze.
Znam jego imię.
Znam jego adres.
Wiem, jak wygląda, jak pachnie, jak kłamie.
I wiem, jak tchórzliwy jest naprawdę, gdy nikt już nie musi się go bać.
Nie potrzebuję broni.
Nie potrzebuję przemocy.
Mam coś lepszego — czas i pamięć.
Nie zapomnę.
Nie wybaczę.
I nie będę ostrzegać.
Kiedy przyjdzie odpowiedni moment — zrobię to po cichu. Tak, żeby nie zostawić śladów. Tak, żeby on wiedział. Czuł. Ale nie mógł udowodnić niczego.
Nie chodzi o krew.
Chodzi o jego strach.
O jego bezsenność.
O jego świadomość, że już nie jest bezkarny.
Że ta dziewczyna, którą próbował zniszczyć, już nie jest sama.
A potem... potem odejdę.
Nie do ciebie. Od tego gniewu.
Spróbuję. Dla ciebie.
Ale najpierw... najpierw on musi poczuć cień.
Taki sam, jaki rzucił na twoje życie.
Bo teraz, gdy śpisz — ja czuwam.
I to wystarczy.
CZYTASZ
I found an angel
DragosteCzy anioł może uratować demona ? A może demon uratuje anioła ? Lily prowadziła zwykłe życie , studia , praca , studia i tak wkoło. Aż do momentu aż pojawił się on . On pomógł jej wyrwać się z rąk szatana . A może to właśnie on stworzy z jej życi...
