Siedziałam na zimnym krześle w sali przesłuchań. Metalowy stół i puste krzesło naprzeciw mnie sprawiało, że przechodziły mi ciarki po plecach. Drzwi były zamknięte, a oprócz lustra weneckiego przez, które byłam pewnie obserwowana, metalowego stołu i dwóch krzeseł nie było tu niczego innego. Nie powinnam się czuć tak przerażona w tym miejscu. Przecież byłam tu już parę ładnych razy i nic mi nie dolegało. Szkoda tylko, że to właśnie tutaj dowiedziałam się kto jest moim biologicznym ojcem... Jakby tego jeszcze było mało czułam się tak źle jak nigdy dotąd. Nie mogę powiedzieć, że żałuję tego co zrobiłam, bo przecież Ozyrys zasługiwał na śmierć, ale gdy przypomnę sobie wyrazy twarzy funkcjonariuszy policji, a nawet głupiego Mrocznego Rycerza żołądek mi się kurczy, oddech więźnie w gardle, a ręce trzęsą się niemiłosiernie. Wciąż mam na sobie ciuchy z walki. Są całe we krwi... Nie potrafię rozróżnić, która jest moja, a która gladiatora... Moje dłonie po łokcie są w zaschniętej posoce mojego niedoszłego mordercy. Nikt nie pozwolił mi choć umyć rąk... Czy przez to mam się czuć bardziej winna? Czy dzięki temu łatwiej będzie im mnie skazać? Czy skończę w Arkham? Nie wiem ile już tu siedzę i czekam, ale mój umysł zdążył już dojść do kolejnego wewnętrznego konfliktu i utwierdzić mnie w przekonaniu, że coś jest ze mną nie tak... Ta racjonalna część mojego mózgu bowiem wciąż zadawała sobie pytanie - Co ja zrobiłam? podszyte dezorientacją, szokiem, smutkiem i poczuciem winy, natomiast ta druga, którą tak bardzo chciałam ukryć śmiała się i wciąż pytała Skąd ta powaga?... Najgorsze jednak było to, że chociaż zdawałam sobie doskonale sprawę jak niewyobrażalnie okropną rzecz zrobiłam sprawiała mi ona radość.. Nienawidziłam samej siebie za ten brak empatii i rozbawienie całą sytuacją. No, bo przecież to on miał zabić mnie, a to ja zabiłam jego... Zabiłam... Siedem liter, trzy sylaby, jedno okrutne znaczenie... Zamordowałam go... Jestem zabójczynią... morderczynią... córką Jokera... Jak mogłam to zrobić? Czy już zwariowałam? Czy idę po śladach mojego psychopatycznego ojca? Co będzie ze mną dalej? Co zrobi Amanda i Jack? Czy kiedykolwiek zobaczę jeszcze Axela? Pytanie mnożyły się w mojej głowie bez przerwy, a odpowiedzi wciąż brakło... Nie potrafiłam uwierzyć, że to wszystko naprawdę się wydarzyło. Wydawało się raczej koszmarem, z którego za chwilę obudzę się z krzykiem... Byłam tak pochłonięta moimi coraz czarniejszymi myślami, że nie spostrzegłam się nawet, gdy drzwi się otworzyły, a do środka wszedł wysoki mężczyzna o jasnych włosach poskręcanych w loki, zielonych oczach skrytych za szkłami półokrągłych okularów i ciepłym uśmiechu. Miał na oko jakieś dwadzieścia parę lat i wyglądał niesamowicie przyjaźnie. Osoby takie jak on nie musiały długo zabiegać o czyjeś zaufanie. Miał na sobie jasnoniebieskie dżinsy, szmaragdową koszulę ze srebrnym krawatem i biały kitel. Ten strój, zwłaszcza kitel wydawał mi się skądś znajomy, ale dopiero gdy mężczyzna zajął miejsce naprzeciw mnie i dostrzegłam jego plakietkę zrozumiałam z kim mam do czynienia. Na plakietce bowiem drukowanymi literami widniał napis: Arnold Ernest - psychiatra.
-Witaj Lucy. Nazywam się Arnold Ernest i chciałbym z tobą porozmawiać o ostatnich wydarzeniach. - odezwał się ciepłym głosem tak miło, że przez chwilę miałam ochotę go przytulić, jednak w porę się opamiętałam i zmierzyłam go zimnym spojrzeniem, po czym wykrzywiłam usta w krzywym uśmiechu.
-Raczej wypełnić odpowiednie kruczki i zamknąć w Arkham. - poprawiłam go. Mężczyzna westchnął i złożył dłonie kładąc je na metalowym stole.
-Lucy, wiem, że jest ci ciężko zważywszy na twoje więzy rodzinne, ale uwierz mi nie każdy jest taki sam i nie każdy chce ci zrobić krzywdę. Niektórzy... chcą ci pomóc. - odparł, a ja roześmiałam się sucho.
-I pan chce mi pomóc? - zapytałam z drwiną w głosie.
-Taka jest moja praca Lucy. Pomagam ludziom, którzy nie potrafią sobie poradzić z problemami jakie stawia przed nimi życie.
CZYTASZ
Why so serious?
Fiksi PenggemarGotham City. Miasto, w którym superbohaterowie i superzłoczyńcy toczą zaciętą walkę o zwycięstwo. Czy ,któraś ze stron jest w stanie wygrać nie ponosząc strat? Lucy Johnson nie jest typem cukierkowej ,wymalowanej nastolatki wariującej na widok ładn...
