#1 rozdział maratonu
Ogłoszenie! Maratonowe rozdziały będą mieć 1200 - 1500 słów.
Wstaję z nieodpartym uczuciem, że zaspałam. Jakby wbrew moim obawom dostrzegam śpiących przyjaciół. Natasha jakimś cudem znalazła się na drugim końcu łóżka, z nogami na poduszce, a jej kołdra spoczywa na podłodze. Austin śpi spokojnie na materacu. Rąbek koszuli nocnej (w której chłopak wyglada przekomicznie) zawinął się i odsłania teraz fragment umięśnionej klatki piersiowej chłopaka.
Tłumiąc ciche westchnienie zabieram przygotowane wczoraj przez Agnę ubranie i ruszam do łazienki, by się przebrać. W pomieszczeniu zastaję miednicę pełną lodowatej wody.
"Oby była czysta" - myślę.
Z ulgą spłukuję nią twarz i zanurzam dłonie. Po chwili namysłu wsadzam do miski włosy i masuję pod wodą skórę głowy. Tak prowizorycznie wypłukane włosy wycieram szorstkim ręcznikiem.
Zakładam przygotowany strój i wracam do sypialni, gdzie moi przyjaciele wciąż śpią. Przypominam sobie, że w salonie wisi zegar, więc kieruję tam swoje kroki. Wskazówki starego, tykającego głośno urządzenia wskazują szóstą dziesięć.
Boże, co ja robię ze swoim życiem? Dlaczego akurat wtedy, kiedy mogę się wyspać w łóżku mój zegar biologiczny nastawia budzik na szóstą?
Zrezygnowana schodzę na dół. Agny nie ma, pewnie jeszcze śpi. Natomiast Garo musiał już pojechać, gdyż w przedpokoju nie ma jego butów.
Nie jestem głodna. Widocznie mój organizm przyzwyczaił się już to niewielkich porcji serwowanych dość rzadko. Domyślam się, że moi przyjaciele wstaną później, dlatego postanawiam jakoś zagospodarować pozostały czas. Po dłuższym namyśle decyduję się na cholernie nieodpowiedzialny, nieprzemyślany i niemądry pomysł - pójdę ma spacer.
Spokojna przechadzka dobrze mi zrobi. Rześkie, poranne powietrze jest zdecydowanie najlepszym sposobem na rozbudzenie. Brakuje mi spacerów - chodzenia bez celu, w swoim tempie, bez zobowiązań.
Narzucam na siebie bluzę i otwieram drzwi.
Tak jak myślałam, uderza mnie fala chłodnego, wilgotnego powietrza. Pachnie rosą, trawą... może trochę ziemią. Daje się wyczuć także zapach lasu, wschodzącego słońca i śpiewających ptaków. Jednym słowem zapach poranka.
Niepewnie stawiam stopę ma ścieżce jakbym bała się, ze się zapadnie. Jednak nic takiego się nie dzieje i mogę spokojnie wyjść na zewnątrz. Mimo, że naprawdę jest chłodno, czuję na policzkach ciepłe promienie słońca. Ruszam powoli drogą. Już po chwili zostawiam za sobą niewielkie domki i znajduję się na uklepanej drodze na środku pola. Wokół mnie rozciągają się zielone równiny. Wszystko pokryte jest trawą, roślinami uprawnymi albo drzewami.
Po kilku minutach marszu tą samą drogą dochodzę do niewielkiego wzgórza. Szutrówka zwęża się nieco i zamienia w coś w rodzaju wydeptanej ścieżki.
Moja ciekawska natura nakazuje mi wejść na pagórek. Bo czemu niby nie? Bez większego wahania ruszam ścieżką pod górę. Droga nie jest długa, ma zaledwie kilkanaście metrów. W końcu, nieco zdyszana po marszu, wychodzę na szczyt pagórka.
Przykładam rękę do ust na widok tego, co się tam znajduje. Pola uprawne kończą się odgrodzone wyraźnie drewnianym płotem. Za nimi rozciąga się dzika łąka, która przypomina raczej żółte morze.
Stupruk...
- Zaraz... - Drapię się ręką po karku. - Dam sobie rękę uciąć, że rzepak kwitnie w maju...
CZYTASZ
Quatron
FantasiaNiejasny list, bilety na nieistniejący autobus, nieaktualna książka telefoniczna i nazwisko - to wszystko, co ciotka Dorothy zostawiła przed swoim nagłym i niewyjaśnionym wyjazdem. Rosemary wraz ze swoją nieco pokręconą sąsiadką i półgłówkiem ze...
